ROZPIERDOLILI WSI, ODSŁONILI OFICERÓW, A POTEM JEDNEGO Z LIKWIDATORÓW OSKARŻONO O SZPIEGOSTWO DLA ROSJI. KURWA, CO ZA SUKCES!
Przez prawie dwadzieścia lat słucham opowieści o tym, jak Antoni Macierewicz i jego ekipa uratowali Polskę przed Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Jak bohatersko rozprawili się z rosyjską agenturą, oczyścili wojsko i stworzyli nowe, wspaniałe służby specjalne. Słucham tego jako człowiek, który przez lata służył w wojskowych służbach specjalnych, również na wojnie, i zastanawiam się, ile jeszcze można opowiadać społeczeństwu bajek o przedsięwzięciu, którego skutków do dzisiaj uczciwie nie rozliczono.
Bo w mojej ocenie to nie była żadna reforma. To był armagedon bezpieczeństwa wojskowego państwa. Rozmontowano istniejący system, naruszono ciągłość pracy operacyjnej, osłabiono zdolności mobilizacyjne, a ludziom odpowiedzialnym za tę operację otwarto drogę do kolejnych stanowisk, wpływów i publicznych pieniędzy. I jeszcze kazano narodowi bić brawo.
Zacznijmy od tych wybitnych specjalistów, którzy zabrali się za likwidację WSI.
Antoni Macierewicz, Sławomir Cenckiewicz, Piotr Woyciechowski, Piotr Bączek, Andrzej Kowalski i całe to polityczno-historyczne towarzystwo. Politycy, historycy, publicyści i specjaliści od czytania cudzych teczek. Ludzie, z których część nie miała za sobą zawodowej praktyki w wojskowym wywiadzie i kontrwywiadzie, nie prowadziła wojskowych źródeł osobowych, nie zabezpieczała operacyjnie jednostek ani nie organizowała wojennego rozwinięcia służby. Nie trzymali w dłoni przysłowiowej saperki nawet przez pięć minut, ale o wojsku, kurwa, myśleli, że wiedzą więcej niż niejeden generał WP.
Do kurwy nędzy, przeczytanie biblioteki podręczników chirurgii nie czyni człowieka chirurgiem, a znajomość budowy samolotu nie daje umiejętności pilotowania myśliwca.
Wożenie dupy na tylnej kanapie taksówki, choćby przez trzydzieści lat, nie czyni z pasażera mistrza świata w jeździe samochodem. Można znać wszystkie ulice Warszawy, wiedzieć, gdzie jest gaz i hamulec, a nawet rozpoznawać samochody po dźwięku silnika. Ale żeby zapierdalać 150 kilometrów na godzinę po torze, trzeba jeszcze umieć prowadzić, wiedzieć, kiedy hamować i jak wyjść z zakrętu, kiedy samochód zaczyna tracić przyczepność.
A armia to nie zabawa małymi samochodzikami na kolorowym torze. Tutaj za błędy płaci się ludźmi, zdolnościami operacyjnymi i bezpieczeństwem państwa.
I właśnie tacy pasażerowie postanowili kierować samochodem polskich wojskowych służb specjalnych. A potem ogłosili, że wygrali wyścig… Ta, wygrali…
Weźmy choćby Cenckiewicza. W tamtych czasach gość nie miał jeszcze trzydziestki, a już był uznawany za eksperta od wojska. No bo żeby zostać szefem komisji likwidacyjnej, to chyba trzeba choć trochę znać się na armii od środka. Nie wiem, czy potrafiłby prawidłowo opisać zadania drużyny piechoty, ale uczestniczył w przedsięwzięciu dotyczącym bezpieczeństwa całych Sił Zbrojnych RP. Cenckiewicz był historykiem, Macierewicz politykiem. Oczywiście cywil może nadzorować służby, ale cywilny nadzór nie czyni jeszcze z historyka oficera operacyjnego.
Monty Python przy tym to zespół specjalistów NASA przygotowujących lot na Marsa. Tyle że Python robił kabaret, a tutaj kabaret politycznych fachowców zabrał się za prawdziwą służbę specjalną.
A teraz zobaczmy, co właściwie rozmontowano.
WSI były elementem systemu bezpieczeństwa Sił Zbrojnych RP. Prowadziły wywiad i kontrwywiad wojskowy, chroniły informacje, zabezpieczały jednostki, przedsięwzięcia wojskowe i misje zagraniczne. Miały również przygotowywane przez lata zaplecze osobowe służące mobilizacyjnemu rozwinięciu kontrwywiadu.
Wśród osobowych źródeł informacji znajdowali się żołnierze zasadniczej służby wojskowej, podchorążowie i ludzie, którzy później przechodzili do rezerwy. Część zostawała oficerami rezerwy, znała środowisko wojskowe i stanowiła potencjalny zasób przydatny podczas mobilizacji.
Takie możliwości buduje się latami. Nie za pomocą prezentacji, ministerialnego zarządzenia ani konferencji prasowej z flagą w tle.
Likwidacja WSI naruszyła ciągłość tego systemu. Rozproszono ludzi, zerwano część relacji i utracono część doświadczenia. W mojej ocenie szczególnie dotkliwie uderzyło to w przygotowania mobilizacyjne kontrwywiadu wojskowego.
Dzisiaj, kiedy Polska jest państwem frontowym NATO, chciałbym wiedzieć, jakie zdolności mobilizacyjne posiadają SKW i SWW. Ilu ludzi przygotowano do wojennego rozwinięcia struktur? Jak wygląda osłona kontrwywiadowcza mobilizowanych jednostek, rezerw, sztabów i wojskowej logistyki?
Bo wojna nie poczeka, aż jakiś cywilny geniusz skończy czytać teczkę i odkryje, że do zabezpieczenia mobilizowanej dywizji potrzebni są ludzie, a nie same pieczątki.
Ale teraz coś, co najlepiej pokazuje różnicę między znajomością kontrwywiadu z książki a znajomością kontrwywiadu z praktyki.
**OCHRONA TOŻSAMOŚCI OFICERÓW. CZYLI JAK KUPUJĄC PRALKĘ NA RATY, MOŻNA BYŁO UJAWNIĆ, ŻE SŁUŻY SIĘ W KONTRWYWIADZIE WOJSKOWYM.**
W WSI byliśmy żołnierzami Wojska Polskiego. Nasze wynagrodzenia wypłacano w wojskowym systemie finansowym, a w dokumentach administracyjnych figurował numer jednostki wojskowej. Dla pracownika banku człowiek był po prostu żołnierzem. Jednym z tysięcy.
Mógł kupić mieszkanie, samochód, pralkę na raty albo nowy sedes do łazienki i nie musiał od razu informować pani w banku, że jest oficerem tajnych służb.
Nie musiał mówić: „Dzień dobry, chciałbym kredyt na lodówkę, a przy okazji uprzejmie informuję, że pracuję w kontrwywiadzie wojskowym”.
Bank widział żołnierza, jego dochody i numer jednostki wojskowej. Nie musiał wiedzieć, że klient zajmuje się działalnością wywiadowczą albo kontrwywiadowczą.
Proste? Proste. Nawet, kurwa, banalne.
Po likwidacji WSI, według znanych mi z praktyki rozwiązań, zaczęły pojawiać się zaświadczenia o zatrudnieniu wskazujące rzeczywistą nazwę nowej służby. Funkcjonariusz szedł po kredyt i zamiast dokumentu z numerem jednostki wojskowej mógł przedstawiać zaświadczenie identyfikujące go jako człowieka kontrwywiadu wojskowego.
No i pięknie, kurwa. Jeszcze tylko zdjęcie dołączyć, życiorys operacyjny, a do wniosku kredytowego najlepiej listę znajomych z pracy.
Co więcej, bank mógł należeć do zagranicznej grupy kapitałowej. Nie oznacza to, że automatycznie przekazywał informacje obcemu wywiadowi. Oznacza natomiast, że dane o rzeczywistym zatrudnieniu funkcjonariusza trafiały poza instytucję, która powinna je chronić.
A przecież oprócz miejsca zatrudnienia dokumentacja finansowa zawiera informacje o dochodach, zobowiązaniach i sytuacji majątkowej. W rękach obcego wywiadu takie dane mogą być przydatne do oceny zainteresowań i podatności konkretnej osoby na naciski.
Według mojej wiedzy podobne praktyki występowały jeszcze w 2023 roku. Czy później je całkowicie wyeliminowano, nie wiem.
**LUDZIE, KTO WAS, KURWA, UCZYŁ TEGO KONTRWYWIADU? NO KURWA, KTO?**
Bo jeśli oficer musi przy zakupie pralki na raty ujawniać rzeczywiste miejsce służby, to coś jest nie tak nie z pralką, nie z bankiem i nie z oficerem, tylko z systemem ochrony własnego personelu i ludźmi odpowiedzialnymi za powstanie takiego burdelu!
W normalnej służbie chroni się człowieka nie tylko podczas operacji, ale również w jego codziennym życiu. Przy wypłacie wynagrodzenia, załatwianiu dokumentów i podpisywaniu umowy kredytowej.
A tutaj można było stworzyć sytuację, w której zwykłe zaświadczenie administracyjne osłabiało tę ochronę.
I tak właśnie wygląda różnica między fachowcem znającym mechanizmy kontrwywiadu a cywilem przekonanym, że po przeczytaniu kilku ton papieru pozjadał wszystkie rozumy.
Wróćmy jednak do lat 2006–2007 i polskich misji wojskowych.
Nowe SKW miało zabezpieczać kontrwywiadowczo polskich żołnierzy, również podczas działań wojennych. Tylko że do takiej pracy nie wystarczy nowy szyld, ministerialna nominacja i kilka tygodni szkolenia.
Oficer na wojnie musi znać wojsko, zagrożenia, procedury, środowisko operacyjne i zasady współpracy z dowództwem. Tego doświadczenia nie da się kupić razem z nowymi meblami do gabinetu.
I co się okazało? Że nowe służby nadal potrzebowały byłych oficerów WSI. Sam Macierewicz przyznawał, że około jednej czwartej personelu SKW stanowili pozytywnie zweryfikowani żołnierze dawnej formacji, a misje zagraniczne w zasadzie tylko oni zabezpieczali. No przecież nie Bączek czy Cenckiewicz albo jakiś inny „ekspert”, na przykład z Poczty Polskiej lub harcerstwa. Tam można było stracić życie, więc tam się, kurwa, nie pchali.
Czyli najpierw rozwalono służbę, przekonując społeczeństwo, że jest zagrożeniem dla Polski, a później korzystano z jej oficerów, żeby zabezpieczać polskich żołnierzy na wojnie. To jest, kurwa, dopiero osiągnięcie.
W 2008 roku „Rzeczpospolita” opisywała krytyczne oceny pracy SKW w Afganistanie, w tym zarzuty dotyczące niewystarczającej osłony kontrwywiadowczej polskiego kontyngentu.
Nie twierdzę, że każdy nowy funkcjonariusz był nieprzygotowany. Ale naprawdę trudno traktować to jako potwierdzenie propagandowej opowieści o stworzeniu z dnia na dzień znakomitej służby wojskowej.
A teraz raport Macierewicza. 16 lutego 2007 roku opublikowano dokument liczący 374 strony. Znalazły się w nim nazwiska, powiązania personalne, informacje dotyczące działalności służb i przedsięwzięć operacyjnych. Dla obcego wywiadu takie informacje mogą stanowić materiał pozwalający potwierdzać wcześniejsze ustalenia, analizować powiązania i odtwarzać fragmenty działalności przeciwnika.
Rosyjski analityk nie musiał włamywać się do archiwum, żeby przeczytać informacje ujawnione przez samo polskie państwo.
Czy znał je wcześniej? Część zapewne mógł znać. Czy wszystko było dla niego nowe? Oczywiście nie. Ale w wywiadzie potwierdzenie informacji ma często taką samą wartość jak jej zdobycie.
I właśnie dlatego zawodowi oficerowie tak poważnie traktują ochronę źródeł, ludzi i operacji. Wiedzą bowiem, że jedno nieprzemyślane ujawnienie może zniweczyć lata pracy.
A teraz dochodzimy do sprawy Tomasza L., człowieka uczestniczącego w pracach komisji likwidacyjnej WSI, którego oskarżono o szpiegostwo na rzecz rosyjskiego wywiadu.
Według aktu oskarżenia miał w latach 2017–2022 przekazywać Rosjanom informacje, między innymi z warszawskiego Urzędu Stanu Cywilnego, które mogły być wykorzystywane do tworzenia fałszywych tożsamości.
I tutaj słyszę uspokajające zapewnienia, że przecież według aktu oskarżenia miał współpracować z Rosjanami dopiero od 2017 roku, a w komisji likwidacyjnej pracował w 2006 roku.
No i co, kurwa, z tego?
Czy ktoś naprawdę uważa, że człowiek, kończąc pracę w komisji, oddaje również własną pamięć? Że zamyka drzwi, wychodzi na ulicę i nagle zapomina nazwiska, pseudonimy, twarze, powiązania oraz informacje, które wcześniej poznał?
Przecież to jest, do kurwy nędzy, elementarz kontrwywiadu!
Sam doskonale pamiętam, ilu ludzi pozyskałem do współpracy, ilu prowadziłem, pamiętam ich pseudonimy i nazwiska. Minęły lata, a ta wiedza nie wyparowała mi z głowy tylko dlatego, że przestałem pełnić służbę. Pamięć oficera nie jest służbowym laptopem, który można oddać do magazynu i wyczyścić z danych.
I właśnie dlatego człowiek mający dostęp do wrażliwych materiałów pozostaje potencjalnym celem zainteresowania obcych służb również wiele lat po zakończeniu wykonywania swoich obowiązków. Szczególnie jeżeli znał informacje dotyczące działalności wywiadu i kontrwywiadu wojskowego.
Nie wiem, co dokładnie zapamiętał Tomasz L. Nie wiem, jakie informacje poznał podczas pracy w komisji i czy przekazał Rosjanom cokolwiek z tamtego okresu. Ale wiem jedno: żaden zawodowy kontrwywiadowca nie może wykluczyć takiego zagrożenia tylko dlatego, że zarzucana komuś współpraca z obcym wywiadem rozpoczęła się jedenaście lat później.
Obca służba nie interesuje się wyłącznie tym, co człowiek wie dzisiaj. Interesuje ją również to, co wiedział wczoraj, dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Informacje historyczne mogą pomagać identyfikować ludzi, odtwarzać powiązania, weryfikować wcześniejsze ustalenia i oceniać działalność przeciwnika. Dlatego pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie: czy Tomasz L. współpracował z Rosjanami podczas likwidacji WSI? Powinno również brzmieć: jaką wiedzę wyniósł z komisji i czy ta wiedza mogła być przydatna rosyjskiemu wywiadowi, jeżeli rzeczywiście podjął później zarzucaną mu współpracę?
Czy zabezpieczono ten obszar podczas śledztwa? Czy ustalono zakres jego dostępu do dokumentacji? Czy sprawdzono, czy informacje poznane w 2006 roku mogły pozostawać aktualne albo pomóc Rosjanom w identyfikacji osób i operacji?
Bo jeżeli ktoś próbuje zamknąć sprawę argumentem, że w 2006 roku Tomasz L. nie był jeszcze rosyjskim agentem, to myli datę rozpoczęcia zarzucanego przestępstwa z okresem, z którego mogła pochodzić posiadana przez niego wiedza.
**Nie trzeba być agentem w chwili poznawania tajemnicy, żeby później stanowić zagrożenie dla jej bezpieczeństwa.**
I właśnie dlatego przestańcie, kurwa, opowiadać, że wszystko jest w porządku, bo daty z aktu oskarżenia się nie pokrywają. Samo to nie dowodzi przekazania tajemnic, ale też absolutnie nie wyklucza możliwości wykorzystania wiedzy wyniesionej z komisji.
Dziennikarze TVN24 przedstawiali dokumenty wskazujące na jego dostęp do materiałów niejawnych. Cenckiewicz przekonywał, że jego rola była marginalna.
Marginalna? A co to, kurwa, zmienia, jeśli człowiek mógł zapamiętać informacje, które poznał? Czy wiedza przestaje być wiedzą dlatego, że ktoś później nazwie jego stanowisko mało istotnym?
Nie twierdzę, że Tomasz L. przekazał Rosjanom informacje z komisji. Twierdzę, że należało sprawdzić taką możliwość i ocenić zagrożenie, zamiast zasłaniać się uspokajającymi opowieściami o datach i marginalnej roli.
Bo gdyby byłego oficera WSI oskarżono o szpiegostwo dla Rosji, zapewne następnego dnia usłyszelibyśmy, że stanowi to dowód na konieczność rozwiązania całej formacji.
A tutaj nagle okazuje się, że trzeba zachować ostrożność, badać szczegóły i wyjaśniać zakres odpowiedzialności.
Słusznie. Tylko dlaczego takiej samej ostrożności nie stosowano wobec tysięcy ludzi związanych z WSI?
Nie kupuję również opowieści, że całe WSI należało rozwiązać dlatego, że niektórzy funkcjonariusze dopuścili się nieprawidłowości lub przestępstw. Przestępcę należy zatrzymać, osądzić i ukarać. Za jego czyny nie odpowiada automatycznie cała instytucja.
Gdyby przyjąć podobną zasadę wobec innych służb, po kolejnych aferach należałoby rozwiązywać policję, ABW i następne państwowe formacje.
Tylko że to nie jest budowanie bezpieczeństwa. To jego rozmontowywanie.
Dzisiaj mamy Polskę na wschodniej flance NATO, wojnę za granicą, rosyjskie operacje wywiadowcze, dywersję i zagrożenie infrastruktury krytycznej. Potrzebujemy sprawnego kontrwywiadu wojskowego, zdolnego do działania zarówno w czasie pokoju, jak i podczas mobilizacji oraz wojny.
Dlatego pytam, gdzie jest dzisiaj mobilizacyjne zaplecze osobowe kontrwywiadu? Jak odtworzono utracone zdolności? Ilu ludzi przygotowano do zabezpieczenia wojennego rozwinięcia armii? Czy rozwiązano problem administracyjnego ujawniania rzeczywistej przynależności funkcjonariuszy do służb?
Nie interesują mnie polityczne deklaracje, stopnie, gabinety i konferencje prasowe. Interesuje mnie bezpieczeństwo polskiego żołnierza i zdolność państwa do obrony.
A co z Rosją?
Czy Rosja inspirowała likwidację WSI? Nie znam dowodów pozwalających to stwierdzić. Ale nie trzeba udowadniać rosyjskiego autorstwa tej operacji, żeby zapytać o możliwe korzyści rosyjskiego wywiadu.
Publiczne ujawnienie informacji o działalności służb, naruszenie ciągłości pracy operacyjnej, problemy mobilizacyjne, utrata części doświadczenia i konieczność budowy nowych struktur to zagadnienia, które powinny znaleźć się w rzetelnym bilansie całej operacji.
Bo z punktu widzenia przeciwnika nie ma znaczenia, czy osłabienie naszych zdolności było wynikiem świadomego działania, politycznej ambicji czy zwykłych błędów. Liczy się to, czy można je wykorzystać.
I jeszcze jedno. Ludzie odpowiedzialni za likwidację WSI otrzymywali później kolejne stanowiska, funkcje i publiczne wynagrodzenia. Nie mam dowodów, by każdemu z nich przypisywać motyw finansowy. Ale mam pełne prawo pytać, dlaczego tak wielkie polityczne uznanie nie szło w parze z publicznym, szczegółowym rozliczeniem operacyjnych skutków ich decyzji.
**Bo dla mnie miarą sukcesu kontrwywiadu nie jest liczba rozwiązanych własnych jednostek, ujawnionych nazwisk i rozdanych stanowisk. Miarą sukcesu jest zdolność do wykrywania przeciwnika, ochrony własnych ludzi i zabezpieczenia armii na czas wojny.**
Dwadzieścia lat po likwidacji WSI nadal czekam na uczciwy rachunek tego, co straciliśmy, a co rzeczywiście zyskaliśmy.
Bo jeśli przez lata przygotowywany system wojskowych służb specjalnych można rozmontować decyzją polityczną, a potem stworzyć rozwiązania, w których oficer kupujący pralkę na raty może ujawniać swoje rzeczywiste miejsce służby, to mam jedno pytanie.
**KTO WAS, DO KURWY NĘDZY, UCZYŁ KONTRWYWIADU?**
I kto w końcu odpowie za skutki tej wielkiej operacji ratowania Polski przed jej własnymi służbami?
Kafir