Weteran. Bandyta z WSI bez srebrnej zbroi. Autor i współautor kilku książek i tego mi żadna partia polityczna nie odbierze. 🇵🇱🇺🇦📖🇪🇺

Polska
Pinned Tweet
Czy jest możliwa walka, z zorganizowanym hejtem, w części kierowanym przez ruskie onuce na X? Oczywiście, że jest ;) Ja poświęciłem temu zagadnieniu ostatnie dwa lata czasu, kupę kasy oraz determinacji. To rezultaty: - Prawie 1000 kont namierzonych zabezpieczonych aktem notarilanym, a obecnie będzie przekazane Policji. Tak, mam zamiar doprowadzić sprawę do końca bo hejt to jedno a łamanie prawa i działania na korzyść ruskich służb specjalnych drugie, ale wszystko w swoim czasie... W końcu obiecałem co niektorym osobom na X że o nich nie zapomnę... ;)
161
694
1,870
129,833
ZRYTE BERETY, A NIE MOHEROWE Pod Trybunałem emerytom marznie dupa, a politycy PiS grzeją dupę w ciepłych domach. Czasem któryś wyskoczy z limuzyny, strzeli selfie z wiernym elektoratem, uściśnie grabę, pomacha do kamery i spierdala do ciepłego auta, zanim mu tyłek przymarznie do garnituru. Emeryt zostaje na mrozie bronić prezesa, któremu dawno odjechał pociąg razem z peronem. W przerwie może jeszcze wpłacić parę złotych na Republikę. BLIKA od blinów nie odróżni, ale numer konta jakoś znajdzie. Kiedyś stali w kolejkach po papier toaletowy. Dziś stoją pod Trybunałem i jeszcze płacą za transmisję własnego marznięcia. Uczcie się, tak wygląda dobrze przeprowadzona indoktrynacja! Tylko teraz nazywa się to patriotyzmem, a rachunek płaci emeryt.
21
306
1,162
8,820
PANIE TUSK, ZMIEŃ PAN DORADCÓW! KWADRATOWA ŚWINIA Z MINECRAFTA TO TYLKO ŚWINIA! Wiem temat stary, bo minął tydzień, ale problem nie zniknie. Więc Panie Tusk, ostrzeganie przed radykalizacją młodzieży jest potrzebne, ale wyciąganie Minecrafta w rozmowie o przemocy to komunikacyjny strzał w kolano! Rodzice pomyślą, że winna jest gra, a nastolatki zrobią z tego mema i polewkę ze starego boomera. Zmień pan doradców na bardziej połapanych. Można mieć rację i kompletnie spierdolić przekaz! Problemem nie są kwadratowe świnie, lecz ludzie, którzy przez czaty, Discorda i zamknięte grupy zdobywają zaufanie dzieciaków i próbują nimi manipulować. W czasach wojny hybrydowej ostrzeżenia premiera muszą trafiać do młodych, nie stawać się kabaretem. Bo gdy zagrożenie będzie prawdziwe, mogą już nie słuchać.
20
72
2,046
PREZYDENT ZAWETOWAŁ USTAWĘ O WYKONYWANIU WYROKÓW EUROPEJSKIEGO TRYBUNAŁU PRAW CZŁOWIEKA. I TO JEST, KURWA, DRAMAT! Bo mam coraz silniejsze wrażenie, że niektórym marzy się władza absolutna. ABSOLUTNIE! Tyle że moim zdaniem niektórym absolutnie potrzebna jest konsultacja psychiatryczna, bo ich wyobrażenie o sprawowaniu władzy zaczyna przypominać mokry sen dyktatora, któremu ktoś nieopatrznie wmówił, że demokracja polega na tym, iż raz wybrany może już robić, co mu się żywnie podoba. Wyobraźcie sobie taką sytuację. W Polsce władzę przejmuje partia, która wyprowadza nas z Unii Europejskiej. Ale na tym nie kończy. Idzie dalej, wypowiada Europejską Konwencję Praw Człowieka i zaczyna urządzać państwo według własnego widzimisię. Nowe ustawy, nowe zasady, nowe sądy, a obywatel ma siedzieć cicho, płacić podatki i nie podskakiwać. Bo przecież władza wie lepiej, co dla niego dobre. Nawet wtedy, kiedy właśnie robi mu z życia piekło. Pewnego dnia trafiasz przed sąd. Masz rację, ale przegrywasz. Odwołujesz się, walczysz latami, aż wyczerpiesz wszystkie możliwości w kraju. A jeśli wcześniej władza pozbawiła cię również ochrony wynikającej z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, to gdzie, kurwa, masz jeszcze szukać sprawiedliwości? U Pana Boga? Bo na ziemi wszystkie drzwi już zamknięte, a klucze trzymają ci sami ludzie, którzy cię urządzili. I właśnie dlatego wczorajsze weto prezydenta Nawrockiego tak mnie wkurwia. Demokracja, do cholery, nie polega na tym, że raz na cztery lata wybieramy sobie pana i władcę, któremu później możemy co najwyżej bić brawo albo pocałować go w dupę. Demokracja polega również na tym, że obywatel może powiedzieć państwu: NIE MACIE RACJI! I ma gdzie dochodzić swoich praw. Niektórym najwyraźniej marzy się państwo, w którym władza ma zawsze rację a to nazywa się dyktaturą. I jakoś, kurwa, nie przypominam sobie, żeby ludzie masowo uciekali do niej w poszukiwaniu sprawiedliwości. Dzisiaj możecie takiej władzy klaskać nawet uszami, jutro możecie stanąć przed jej sądem. Bo dyktatura ma tę paskudną właściwość, że wcześniej czy później zaczyna wpierdalać również własnych wielbicieli. A wtedy, kurwa, może się okazać, że jedyną instancją odwoławczą pozostał wam Sąd Ostateczny. Tylko na termin rozprawy trzeba będzie trochę poczekać. No, chyba że nowy pan i władca postanowi wam to oczekiwanie skrócić, wprowadzając karę śmierci. Wtedy nawet osobiste spotkanie ze Stwórcą będzie można załatwić w trybie przyspieszonym. WŁADZA ABSOLUTNA? ABSOLUTNIE NIE. ABSOLUTNIE TO NIEKTÓRYM PRZYDAŁABY SIĘ KONSULTACJA PSYCHIATRYCZNA.
68
375
1,037
11,534
PREZYDENT DEBATUJE O DOSTĘPIE DO BRONI. A MOŻE, KURWA, O OBRONIE KONIECZNEJ?! Bandyta rozpierdala zamki w twoich drzwiach. W domu śpią żona i dzieci. Nie wiesz, czy ma nóż, czy jest sam, czy przyszedł kraść, czy zabijać. Adrenalina wywala sufit razem ze strychem. Walczysz o życie. A po wszystkim pan prokurator z kawką liczy ciosy: dlaczego siedem, a nie trzy? Może należało grzecznie trafić w nogę? Kilka razy walczyłem o życie na misjach. Nie liczysz wtedy ciosów ani sekund. Nawet wyszkolony żołnierz czy policjant nie jest robotem. Policjantów z Antoninka oskarżono po gwałtownej interwencji. Przez lata musieli tłumaczyć się ze strzałów. Mój postulat: MINIMUM 5 LAT WIĘZIENIA za siłowe wtargnięcie do zamieszkanego domu w celu popełnienia przestępstwa. I ani złotówki odszkodowania dla agresora za obrażenia odniesione przy odpieraniu jego napaści. Nikt mu, kurwa, nie kazał wyważać drzwi. ON WYBRAŁ PRZEMOC. DOMOWNIK CHCE PRZEŻYĆ. KAFIR
33
158
723
8,888
DEMOKRACJA JEST DLA LUDZI MĄDRYCH. A CO, JEŚLI WIĘKSZOŚĆ WYBORCÓW TO IDIOCI? Coraz częściej dochodzę do wniosku, że ELITARYZM jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż demokracja. Wiem, zaraz podniesie się wrzask, że faszyzm, dyktatura i zamach na świętą wolę narodu. Tylko że demokracja ma jedną zasadniczą wadę. Głos człowieka, który przez trzydzieści lat prowadził przedsiębiorstwo, zatrudniał ludzi, płacił podatki i zna się na ekonomii, waży dokładnie tyle samo co głos idioty, który nie potrafi obliczyć procentów, ale doskonale wie, kto powinien rządzić państwem. I żeby było jasne, nie chodzi mi wyłącznie o przedsiębiorców, ludzi bogatych czy posiadaczy dyplomów wyższych uczelni. Chodzi również o zwykłych, ciężko pracujących ludzi, którzy czytają książki, interesują się światem, zdobywają wiedzę, rozwijają swoje umiejętności i potrafią samodzielnie myśleć. O robotnika, który po pracy sięga po wiedzę, mechanika, który stale uczy się nowych technologii, pielęgniarkę, nauczyciela czy rolnika, który rozumie ekonomię lepiej niż niejeden poseł z trzema fakultetami. Bo elitarność nie polega na grubości portfela ani liczbie literek przed nazwiskiem, tylko na tym, co człowiek ma w głowie i czy potrafi z tego korzystać. Można mieć doktorat i być kompletnym idiotą. Można skończyć zawodówkę i mieć więcej wiedzy, rozsądku oraz życiowej mądrości niż połowa parlamentu razem wzięta. Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek, który przez całe życie nie przeczytał nawet instrukcji obsługi pralki, jest święcie przekonany, że doskonale wie, jak należy zarządzać niemal czterdziestomilionowym państwem. A jeszcze większy, kiedy milion podobnych geniuszy wybiera spośród siebie największego krzykacza i robi z niego męża stanu. Bo demokracja nie wymaga od wyborcy ani wiedzy, ani rozumu, ani nawet elementarnej umiejętności odróżniania faktów od politycznego pierdolenia. Wystarczy dowód osobisty i umiejętność postawienia krzyżyka. I właśnie dlatego czasami zastanawiam się, czy największym problemem demokracji są naprawdę politycy, czy jednak ci, którzy ich wybierają. Niektórzy jeszcze wczoraj zapierdalali po promocjach w Lidlu i Biedronce, sprawdzali ceny żywca w skupie, a ich największym osiągnięciem ekonomicznym było kupienie schabu o trzy złote taniej. Dzisiaj z miną profesorów ekonomii rozstrzygają, kto powinien zarządzać finansami państwa. Jeden nie rozumie, czym jest inflacja, drugi uważa, że budżet państwa to wielka skarbonka, a trzeci jest przekonany, że skoro rząd rozdaje pieniądze, to znaczy, że ma ich w chuj dużo. Skąd? A kogo to obchodzi! Ważne, że daje. Kurwa, Akademia Nauk Ekonomicznych w Biedronce, wydział promocji, przecen i darmowych reklamówek. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie ma nic złego w oszczędzaniu na zakupach czy sprawdzaniu cen skupu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś uważa, że umiejętność znalezienia tańszej kiełbasy daje mu kompetencje do oceny polityki monetarnej, energetycznej i budżetowej państwa. A kiedy próbujesz mu coś wytłumaczyć, słyszysz, że jesteś lewakiem, zdrajcą, agentem albo innym chujem, bo przecież jego ulubiony polityk powiedział w internecie coś zupełnie innego. Do polityki ciągną tymczasem całe tabuny cwaniaków i nieudaczników, często absolwentów kierunków humanistycznych, którzy na wolnym rynku nie mają wiele do zaoferowania. Żeby nie było, sam dyplom humanisty nikogo nie dyskwalifikuje. Dyskwalifikuje pustka pod czaszką połączona z przekonaniem o własnym geniuszu. Taki zawodowy działacz, który nigdy nie stworzył miejsca pracy, nie prowadził firmy, nie zarządzał większym budżetem ani nie odpowiadał własnym majątkiem za podejmowane decyzje, nagle zostaje ministrem i decyduje o miliardach złotych. W normalnym przedsiębiorstwie nie powierzono by mu nawet zamówienia papieru toaletowego, bo jeszcze kupiłby trzy wagony za cenę pięciu. Ale w polityce? Proszę bardzo, panie ministrze, oto pańska limuzyna, gabinet i kilkanaście miliardów do przepierdolenia. Zabawni a zarazem niebezpieczni są jednak ci, którzy budują partie prawicowe, powołują się na Boga, tradycję, rodzinę i wartości narodowe, a jednocześnie marzą o silnej władzy, najlepiej takiej, której nikt nie będzie kontrolował. Oczywiście pod warunkiem, że to oni będą trzymali naród za mordę. Bo kiedy władzę ma przeciwnik, to dyktatura, ale kiedy mają ją oni, to już narodowe odrodzenie. Kurwa, jakie to proste! Wystarczy przykleić orła, postawić krzyż, odśpiewać hymn, pocałować biskupa w pierścień i nawet największy debil może uchodzić za męża stanu. Ekonomia? Niepotrzebna. Wiedza? Przeszkadza. Kompetencje? Lewacki wymysł. Najważniejsze, żeby klęczał w odpowiednim kościele i darł mordę, że kocha Polskę. I teraz mam do was jedno pytanie. Takie zwyczajne, z życia wzięte, żebyście nie musieli kończyć ekonomii na Harvardzie, żeby je zrozumieć. Kiedy wasz dzieciak przyniesie ze szkoły pałę z matematyki, to co robicie? Wysyłacie go do kościoła, żeby pomodlił się o lepszą ocenę, czy każecie mu zapierdalać przy książkach, aż nauczy się ułamków, procentów i równań? Bo ja zaczynam mieć poważne wątpliwości. Może naprawdę wierzycie, że wystarczy odmówić trzy zdrowaśki, a tabliczka mnożenia sama wejdzie do łba? Może zamiast korepetycji lepiej kupić świeczkę, a zamiast podręcznika różaniec? Dzieciak nie umie rozwiązać równania? Niech się pomodli. Nie zna geografii? Niech pójdzie na pielgrzymkę. Nie rozumie fizyki? Niech poprosi o cud, najlepiej taki, żeby jabłko zamiast spadać z drzewa, spierdalało z powrotem na gałąź, bo Newton najwyraźniej był lewakiem. Tylko że jakoś nie słyszałem, żebyście własnym dzieciom pozwalali zastępować naukę modlitwą. Kiedy przychodzą złe oceny, nagle przypominacie sobie, że wiedzę zdobywa się pracą, a nie klęczeniem. Nagle wymagacie kompetencji, odpowiedzialności i wyników. Kupujecie podręczniki, organizujecie korepetycje, pilnujecie odrabiania lekcji, bo doskonale rozumiecie, że bez wiedzy dzieciak daleko nie zajedzie. Ale kiedy idziecie wybierać ludzi, którzy mają zarządzać państwem, wszystkie te wymagania możecie sobie wsadzić w dupę. Wystarczy, że kandydat pomacha krzyżem, pocałuje flagę i obieca, że Polska wstanie z kolan po raz setny. **Kurwa, własnego dziecka nie puścicie do następnej klasy bez zdanej matematyki, ale do Sejmu jesteście gotowi wysłać przygłupa, który na pytanie o deficyt budżetowy odpowie, że po pierwsze on nie jest żaden Ficyt a najważniejsza jest obrona chrześcijańskich wartości.** A przecież zarządzanie państwem to nie prowadzenie procesji. Tu trzeba liczyć, przewidywać, analizować i podejmować decyzje, których skutki odczują miliony ludzi. Modlitwą nie spłaci się długu publicznego, różańcem nie obniży inflacji, a patriotycznym darciem mordy nie wybuduje elektrowni. Gdyby od samej religijności rosło PKB, Watykan byłby największą potęgą przemysłową świata, a polskie sanktuaria produkowałyby chipy, a nie Tajwan. O dziwo tam chrześcijan jak na lekarstwo. Tymczasem cuda gospodarcze jakoś częściej zdarzają się tam, gdzie ludzie inwestują w naukę, technologię i kompetencje, zamiast liczyć na nadprzyrodzoną interwencję w sprawie cen energii. Zróbcie więc prosty eksperyment. Dajcie swojemu dziesięcioletniemu dziecku portfel, dostęp do konta i pełną władzę nad domowym budżetem. Niech robi zakupy, opłaca rachunki, planuje wydatki i decyduje, ile możecie wydać, a ile musicie odłożyć. Oczywiście bez waszej kontroli, bo przecież ograniczalibyście jego demokratycznie przyznaną władzę. Zobaczymy, po ilu tygodniach będziecie żreć suchy makaron, siedząc przy świeczkach, bo zabrakło na prąd. Za to dzieciak może wam obiecać, że od przyszłego miesiąca wszyscy dostaniecie po pięć tysięcy kieszonkowego, darmowe wakacje i nowe telefony. Skąd weźmie pieniądze? A chuj wie! Najwyżej pożyczy od sąsiada, a spłatą niech się martwi następne pokolenie. Kiedy zabraknie pieniędzy, zwoła konferencję prasową w kuchni, oskarży rodziców o sabotaż i ogłosi wielki sukces programu „Rodzina na swoim, rachunki na cudzym”. Brzmi znajomo? I właśnie na tym polega problem. Własnemu dziecku nie pozwolicie zarządzać domowym budżetem, dopóki nie nauczy się liczyć, ale jakiemuś politycznemu debilowi bez wiedzy ekonomicznej powierzacie miliardy złotych z waszych podatków. Co więcej, kiedy ten debil doprowadzi finanse do ruiny, zamiast go wyjebać, wybieracie go ponownie, bo obiecał wam kolejne pieniądze, których nie ma. A kiedy ktoś próbuje wam wyjaśnić, że państwo nie ma własnych pieniędzy, tylko gospodaruje pieniędzmi obywateli i zaciąga zobowiązania, zaczynacie wrzeszczeć, że nie kocha Polski. Tragedią nie jest nawet to, że politycy kłamią. Oni kłamali, kłamią i będą kłamać, bo odkryli, że na ludzkiej głupocie można zbudować całkiem wygodną karierę. Największą tragedią jest to, że ludzie coraz częściej nie chcą wiedzieć. Nie chcą czytać, sprawdzać, analizować ani myśleć. Chcą mieć rację, najlepiej podaną w trzydziestosekundowym filmiku przez jakiegoś politycznego pajaca, który krzyczy tak głośno, że zagłusza nawet własną niewiedzę. „A potem jeszcze klękacie w kościele i modlicie się, żeby Polska była bogata, silna i bezpieczna.” Może zamiast kolejnego cudu przydałoby się wreszcie trochę rozumu? Bo Bóg, zakładając, że istnieje, chyba nie po to dał wam mózgi, żebyście używali ich wyłącznie do zapamiętywania promek w markecie. I na koniec mam jeszcze jedno pytanie. Skoro od własnego dziecka wymagacie nauki, zanim dostanie dobrą ocenę, to dlaczego od polityka nie wymagacie wiedzy, zanim dacie mu władzę? Bo jeżeli odpowiedzią jest to, że chodzi do kościoła, kocha ojczyznę i ładnie śpiewa hymn, to równie dobrze możecie zatrudnić organistę na prezesa Narodowego Banku Polskiego. Przynajmniej będzie wiedział, na jakich klawiszach grać, chociaż z inflacją poradzi sobie raczej chujowo. A teraz możecie mnie wyzywać od wrogów demokracji. Tylko zanim zaczniecie, sprawdźcie, ile wynosi siedem procent z 460 bo tylu jest posłów ale mądrych maks 7 procent. Tylko bez kalkulatora ale możecie się pomodlić może suma się objawi, przecież wierzycie w cuda 😉 Więc jeśli nie potraficie policzyć własnych pieniędzy, to może przynajmniej zastanówcie się, dlaczego tak ochoczo powierzacie je ludziom, którzy potrafią tylko liczyć na waszą głupotę.
53
125
411
5,935
CZY TRUMP PRZED WYBORAMI POŁÓWKOWYMI ZROBI STRIPTIZ, BY RATOWAĆ WŁASNĄ DUPĘ? NIE ZDZIWIŁBYM SIĘ. Trump chce taniego diesla, żeby wejść w dupę własnym wyborcom przed połówkowymi w listopadzie. Problem w tym, że Ukraina wali w rosyjskie rafinerie. Więc USA grożą jej ograniczeniem danych wywiadowczych, choć Putin dalej napierdala rakietami w ukraińskie miasta. A Trump? Rżnie gołąbka pokoju i marzy o Noblu. No kurwa, wręczcie mu go przy dystrybutorze, najlepiej z kartą rabatową! Tylko zmieńcie nazwę na NAGRODA JOBLA ;)
9
76
325
3,042
DISCORD. RODZICE, ZAJRZYJCIE DZIECIOM DO KOMPUTERÓW. KOPARA WAM, KURWA, OPADNIE! Drodzy rodzice, zamiast po raz kolejny zwalać wszystko na nauczycieli, szkołę, państwo i cały ten spierdolony świat, zainteresujcie się wreszcie tym, co wasze dzieci robią w internecie. Zajrzyjcie od czasu do czasu w historię komputera, sprawdźcie, na jakich platformach przesiadują, z kim rozmawiają i do jakich grup należą. Gwarantuję, że niejednemu z was kopara opadnie do samej ziemi. DISCORD. Zapamiętajcie tę nazwę. Dla tych, którzy nie kojarzą, to platforma do komunikacji, wspólnego grania i tworzenia własnych społeczności. Są tam serwery, zamknięte grupy, prywatne kanały i rozmowy, do których przypadkowy człowiek nie ma dostępu. Korzystają z tego również dwunastolatki, choć formalnie nie powinny jeszcze mieć tam kont. I teraz robi się, kurwa, ciekawie. Docierają do mnie informacje o zamkniętych grupach, w których dzieciaki mogą być poddawane indoktrynacji. Nie wiem jeszcze, jaka jest skala tego zjawiska w Polsce, ale sam mechanizm jest doskonale znany. Najpierw wspólne granie, żarciki, filmiki, trochę prowokacji. Potem coraz mocniejsze treści, oswajanie z przemocą, nienawiścią i wmawianie dzieciakowi, że należy do jakiejś wyjątkowej grupy, której reszta świata nie rozumie. I kiedy usłyszycie, jak wasz nastolatek opowiada dowcip o komorach gazowych, Żydach, mordowaniu ludzi albo inne podobne gówno, to zamiast machnąć ręką i powiedzieć, że młodzież ma teraz takie poczucie humoru, zastanówcie się, kurwa, skąd on to wziął. Od kolegi? Ze szkoły? A może z internetu? A jeśli od kolegi, to skąd ten kolega to usłyszał? I tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Bo może się okazać, że źródłem jest kolega kolegi, którego nikt nigdy na oczy nie widział. Jakiś użytkownik zamkniętej grupy na Discordzie, o którym nikt nic nie wie. Nie wiadomo, ile ma lat, kim jest, gdzie mieszka ani jakie ma zamiary. Ale wszyscy traktują go jak swojego, słuchają, co mówi, udostępniają mu ekrany komputerów i wpuszczają do swojego cyfrowego świata. Tylko wam, kurwa, własnym rodzicom, tego ekranu nie pokażą! I naprawdę nie zastanawia was, dlaczego obcy człowiek w internecie może wiedzieć o waszym dziecku więcej niż wy sami? A dzieci są chłonne jak gąbki. Szczególnie te, które szukają akceptacji, uznania i swojego miejsca w grupie. Wystarczy odpowiednio cierpliwy skurwysyn po drugiej stronie monitora, żeby zacząć im urządzać światopogląd według własnego pomysłu. I wcale nie musi to być rówieśnik. Może to być dorosły człowiek, który doskonale wie, jak manipulować małolatem. I wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej przerażające? Że rodzice często mają o tym gówniane pojęcie. Dzieciak siedzi w pokoju, nie włóczy się po ulicach, nie pije, nie pali, więc wszystko jest zajebiście. Tymczasem może od miesięcy przebywać w internetowym środowisku, w którym ktoś systematycznie pierze mu mózg. A potem, kiedy dochodzi do tragedii, zaczyna się narodowe szukanie winnych. Gdzie byli nauczyciele? Gdzie była szkoła? Gdzie policja? Gdzie państwo? No kurwa, a gdzie byli rodzice? Kto ostatnio zainteresował się nie ocenami z matematyki, ale tym, z kim dzieciak spędza codziennie po pięć godzin przed monitorem? Mamusia marzy, że synek zostanie lekarzem, tatuś widzi w nim przyszłego inżyniera, a tymczasem może się okazać, że wcześniej zostanie mordercą. I nie będzie już miało znaczenia, że miał świadectwo z czerwonym paskiem. Nie twierdzę, że każdy Discord to wylęgarnia psychopatów. Większość młodych ludzi po prostu tam gra i rozmawia. Ale zamknięte społeczności mogą być również doskonałym miejscem dla manipulatorów, radykałów i zwykłych zwyrodnialców. Nie chodzi o robienie dzieciakom rewizji osobistej i traktowanie ich jak podejrzanych. Chodzi o zainteresowanie, rozmowę i zwykłą rodzicielską czujność. Historia przeglądarki nie pokaże wszystkiego, dlatego warto również wiedzieć, z jakich aplikacji i serwerów dziecko korzysta. I jeszcze jedno. Przestańcie zakładać, że skoro wasze dziecko jest inteligentne, dobrze się uczy i pochodzi z porządnego domu, to nikt nie zrobi mu wody z mózgu. Inteligencja nie daje odporności na manipulację, a internetowy skurwysyn nie pyta o świadectwo szkolne, zanim zabierze się do roboty. Zwracam wam na to uwagę jako były oficer służb specjalnych. Manipulacja nie zaczyna się od rozkazu. Zaczyna się od zdobycia zaufania. Więc zanim znowu zaczniecie rozliczać nauczycieli i cały świat z wychowania waszych dzieci, zainteresujcie się, kto naprawdę ma na nie wpływ. Bo może się okazać, że od dawna wychowuje je ktoś zupełnie obcy, a wy nawet nie wiecie, jak ma, kurwa, na imię.
84
723
1,859
46,612
DEPRESJA TROLLA! UKRAIŃSKI DRON W SERWER, A ROSYJSKI BOT NA L4! 😂 Ukraińcy przywalili w centra danych rosyjskiego Yandexu. Serwery padły, a w internecie zaczęła krążyć sensacyjna teoria: razem z nimi miały przycichnąć rosyjskie farmy trolli i internetowy entuzjazm wokół AfD oraz Konfederacji Korony Polskiej. Na razie brak twardych dowodów na ten związek, ale wyobraźcie sobie tę tragedię! Tysiące internetowych patriotów bez prądu, komentarze bez autorów, a troll z depresją siedzi przed czarnym monitorem i czeka, aż Moskwa zresetuje mu poglądy. Kurwa, żeby tylko nie trzeba było prawdziwych wyborców szukać! 😂
15
95
427
5,496
TRUMP SPRZEDA POLSKĘ ZA BARYŁKĘ ROPY. A JAK PUTIN DORZUCI PRZEPIS NA BIMBER Z ZIEMNIAKÓW, TO JESZCZE MU PODZIĘKUJE. Donald Trump właśnie przypomniał światu, że w amerykańskiej polityce interes potrafi być ważniejszy od sojuszy, deklaracji i bezpieczeństwa państw, którym Waszyngton jeszcze wczoraj obiecywał wsparcie. I tylko kompletny idiota albo człowiek świadomie udający idiotę nie dostrzega, jakie zagrożenie może to oznaczać dla Polski. 18 września Trump podpisał ustawę sankcyjną wymierzoną w Rosję i państwa finansujące jej machinę wojenną. Niespełna miesiąc później ogłosił porozumienie z Putinem dotyczące rosyjskiego oleju napędowego, a amerykańska administracja czasowo poluzowała sankcje na ten produkt. Pierwsze zapowiedziane dostawy to ponad 300 tysięcy ton paliwa, kolejne mają nadejść w następnych miesiącach. Rosyjska gospodarka dostaje szansę na dodatkowe pieniądze, choć przecież właśnie jej dochody miały zostać ograniczone, żeby utrudnić Kremlowi prowadzenie wojny. I jeszcze Trump dziękuje Putinowi. No kurwa, normalnie łzy wzruszenia. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie przy samowarze, toast za pokój i serdeczne życzenia pomyślności dla rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. A teraz przypomnijmy sobie trochę historii, bo mam wrażenie, że szczególnie część polskiej prawicy cierpi na wyjątkowo wybiórczą pamięć. Ameryka już raz zostawiła Polskę Stalinowi. W Jałcie w lutym 1945 roku Roosevelt, Churchill i Stalin ustalali przyszłość Europy, a nasz kraj, który od pierwszego dnia wojny walczył z Niemcami i wykrwawiał się na wszystkich frontach, nie miał przy tym stole własnego głosu. Zachodni alianci zaakceptowali rozwiązania, które w praktyce utrwaliły sowiecką dominację nad Polską. Obiecano nam wolne wybory i suwerenność, a dostaliśmy komunistyczną dyktaturę, więzienia UB, mordowanych żołnierzy podziemia i dziesięciolecia zależności od Moskwy. I co, kurwa? Jakoś nie słyszę, żeby nasi najbardziej rozkochani w Ameryce prawicowi politycy szczególnie chętnie przypominali ten fragment historii. Pewnie zaraz się okaże, że za Jałtę odpowiadali Żydzi, polscy komuniści, masoni albo krasnoludki. W każdym razie na pewno nie Roosevelt i nie Stany Zjednoczone, bo przecież amerykański prezydent nie może zrobić Polsce krzywdy. To się zwyczajnie nie mieści w głowie człowieka, który politykę międzynarodową pomylił z pielgrzymką do Waszyngtonu. Zresztą zabawne, jak często słyszymy antysemickie brednie, że to Żydzi wszystko przeliczają na pieniądze. A tu proszę, wystarczy popatrzeć na Biały Dom. Żadnych tajemniczych spiskowców, po prostu wielka polityka i interesy. Dla jednych demokracja, dla drugich ropa, a dla Putina być może kolejne pieniądze. Wszystko oczywiście w imię pokoju. Kurwa, jakie to piękne. Amerykanie od dziesięcioleci mają znakomity PR. Hollywood, wielkie opowieści o wolności, demokracji, ratowaniu świata i obronie słabszych. Piękne filmy, wzruszająca muzyka, przemówienia, od których łza kręci się w oku. Tylko że za tą starannie wypolerowaną fasadą stoi również historia, o której wielbiciele amerykańskiej nieomylności wolą nie pamiętać. Dwie bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki, miasta pełne cywilów. Można przez następne sto lat dyskutować, czy skróciły wojnę i jakie względy militarne stały za tą decyzją. Nie zmienia to faktu, że dziesiątki tysięcy ludzi zginęły w chwili eksplozji, a kolejne umierały wskutek poparzeń i promieniowania. A Kambodża? Amerykańskie bombardowania i destabilizacja kraju pomogły stworzyć warunki sprzyjające wzrostowi siły Czerwonych Khmerów. Pol Pot urządził własnemu narodowi piekło, a odpowiedzialność za jego zbrodnie ponoszą przede wszystkim on i jego oprawcy. Tyle że amerykańskiej polityki w tym regionie również nie da się wymazać gumką. Ot, kolejny przykład, jak walcząc z komunizmem, można niechcący pomóc jednym z najgorszych komunistycznych zbrodniarzy w historii. Ale oczywiście Ameryka zawsze wie lepiej. I tak polski naiwniak łyka ten pięknie opakowany propagandowy cukierek, jakby dostał za darmo kilogram krówek ciągutek. Jeszcze się oblizuje i prosi o więcej. Bo przecież wszystko, co amerykańskie, musi być dobre, uczciwe i robione z miłości do naszego narodu. Nawet jeśli przy okazji kosztuje nas miliardy. A jak mi tu zaraz jakiś wielbiciel amerykańskiej potęgi wyjedzie z argumentem, że przecież mamy w Polsce amerykańskie bazy i żołnierzy, więc możemy spać spokojnie, to chciałbym potencjalnym amebom politycznym przypomnieć Afganistan. Amerykanie prowadzili tam wojnę przez dwadzieścia lat, wydali gigantyczne pieniądze, zbudowali bazy, wyszkolili i wyposażyli armię, wspierali rząd, a potem uznali, że dalsza obecność przestała leżeć w ich interesie. I co się, kurwa, wydarzyło? W sierpniu 2021 roku w ciągu kilkunastu dni talibowie przejęli kontrolę nad niemal całym państwem. Kabul padł 15 sierpnia, a dwa tygodnie później ostatni amerykańscy żołnierze opuścili Afganistan. Dwadzieścia lat wojny, tysiące zabitych, gigantyczne wydatki i finał, który powinien być obowiązkową lekcją dla każdego polityka opowiadającego o wiecznej przyjaźni między państwami. Nie twierdzę, że Polska jest Afganistanem. Mamy NATO, inne zobowiązania sojusznicze, własną armię i zupełnie inne znaczenie strategiczne. Ale amerykański sztandar powiewający nad jednostką wojskową sam z siebie nie zatrzyma rosyjskich czołgów. Do tego potrzebne są decyzje polityczne, gotowość do walki i realne zdolności obronne, a nie wiara, że Wuj Sam zawsze przyjedzie z odsieczą, bo przecież kiedyś obiecał. I jeszcze jedno, domorośli historycy i geopolitycy. Afganistan i Ukraina pokazały, że nawet największym militarnym gigantom można skopać dupę albo przynajmniej tak ją obić, że przez lata nie będą mogli normalnie usiąść. Afgańscy bojownicy walczyli z Sowietami, a później talibowie przetrwali dwadzieścia lat wojny z Amerykanami. Ukraińcy od 2022 roku pokazują Rosjanom, że przewaga w czołgach, samolotach i rakietach nie oznacza automatycznego zwycięstwa. Nie porównuję tych narodów ani celów, o które walczyły. Zwracam jedynie uwagę, że militarna potęga nie zastępuje determinacji przeciwnika. Do obrony własnego kraju trzeba mieć jaja, przygotowanie i ludzi gotowych ponosić ciężar wojny, a nie tylko wielki ryj do darcia mordy. Bo walka, do ciężkiej kurwy nędzy, nie polega na lataniu po cmentarzach z wieńcami, robieniu sobie zdjęć przy pomnikach i wrzeszczeniu „PAMIĘTAMY!” z miną, jakby człowiek od trzech godzin rozpaczliwie szukał toalety i właśnie kończyła mu się cierpliwość pęcherza. To nie walka, tylko polityczny lament z asystą kamer, pocztem sztandarowym i obowiązkowym przemówieniem o bohaterstwie przodków. Żeby było jasne, pamięć o poległych jest świętym obowiązkiem, a ich groby zasługują na szacunek. Tyle że od samego składania wieńców armia nie dostanie ani jednego dodatkowego czołgu, drona czy magazynu amunicji. I niech ci wszyscy zawodowi patrioci od patriotycznego wzruszenia zrozumieją wreszcie, że polegli nie walczyli po to, żeby kolejne pokolenia polityków mogły urządzać sobie konkurs na najpiękniejszą minę podczas składania kwiatów. Pamięć o bohaterach ma sens wtedy, kiedy potrafimy wyciągać wnioski z ich śmierci, a nie jedynie zarabiać na niej polityczne punkty. A wracając do Amerykanów, przestańcie wreszcie pierdolić, że robią nam jakąś wielką łaskę, bo niczego nie dostajemy za darmo. Polska za sojusze płaci pieniędzmi, zakupami uzbrojenia, własnym wysiłkiem obronnym, a kiedy trzeba było, płaciła również krwią swoich żołnierzy w Iraku i Afganistanie. Jestem byłym oficerem wojskowych służb specjalnych i nie trzeba mi opowiadać bajek o wojnie ani sojuszniczej lojalności. Sojusz to wzajemne zobowiązania i wspólne interesy, a nie romantyczny związek, w którym jedna strona bezgranicznie kocha, a druga wystawia rachunki. Najbardziej jednak przeraża mnie nie Trump, tylko część naszych rodzimych prawicowych wyznawców Ameryki. Wystarczy, że pomarańczowy Donald stanie przed mikrofonem, wyszczerzy zęby i powie: „I love Poland! Pułaski! Kościuszko! Great Polish people!”, a niektórzy nasi politycy dostają takiego orgazmu, jakiego prawdopodobnie nigdy w życiu nie przeżyli w łóżku z kobietą. I to nie jakiegoś zwykłego. To jest, kurwa, orgazm geopolityczny, patriotyczny, transatlantycki, z salutowaniem do amerykańskiej flagi i hymnem Stanów Zjednoczonych w tle. Żona może przez dwadzieścia lat próbować wywołać u takiego faceta podobne emocje, a Trumpowi wystarczy wymienić dwa polskie nazwiska, żeby chłop dostał wypieków na twarzy, wilgotnych oczu i drżenia kolan. Donald jeszcze nie skończy przemówienia, a oni już są po wszystkim, szczęśliwi, spełnieni i przekonani, że uczestniczyli w największym wydarzeniu politycznym od czasów chrztu Polski. A potem zaczyna się polityczne lizanie dupy na skalę przemysłową. Wzruszone komentarze, że prezydent pamięta o Pułaskim, że wspomniał Kościuszkę, że kocha Polaków i nigdy nie mieliśmy tak wspaniałego przyjaciela. Gdyby Trump powiedział, że pierogi są najlepszym daniem świata, prawdopodobnie zwołaliby konferencję prasową, ogłosili historyczny sukces polskiej dyplomacji i zaproponowali ustanowienie święta narodowego. A gdyby jeszcze wspomniał schabowego, niektórzy musieliby się chyba przebrać przed występem w telewizji. I pomyśleć, że ci sami ludzie potrafią godzinami rozprawiać o godności narodowej, zdradzie Jałty i konieczności prowadzenia niezależnej polityki. Ale kiedy pojawia się Trump, cała ta niezależność kończy się szybciej niż promocja w Lidlu. Jeszcze chwila, a będą opowiadać, że kiedy Donald wypowiada słowo „Poland”, to gdzieś w niebie Kościuszko salutuje, Pułaski ociera łzę, a Matka Boska Częstochowska osobiście błogosławi amerykańskie interesy naftowe. Bo to już nawet nie jest bezkrytyczne uwielbienie sojusznika. To polityczny fetysz, w którym każde pierdnięcie z Białego Domu urasta do rangi historycznego wydarzenia, a każda krytyka Trumpa traktowana jest niemal jak zdrada narodowa. I najzabawniejsze, że właśnie ci ludzie najgłośniej krzyczą, że Polska musi wstać z kolan. Tyle że kiedy przed nimi staje amerykański prezydent, natychmiast przypominają sobie, kurwa, jak wygodnie było na tych kolanach. A kiedy Donald skończy mówić, jeszcze przez tydzień chodzą z błogim uśmiechem, jakby właśnie przeżyli noc życia. Tylko że ich wielki amerykański kochanek następnego dnia może już o tym nie pamiętać, bo będzie zajęty kolejnym interesem. Być może właśnie z Putinem. Przypomnę jeszcze Memorandum Budapesztańskie z 1994 roku. Ukraina zrezygnowała z odziedziczonego po Związku Radzieckim arsenału jądrowego, otrzymując zapewnienia dotyczące poszanowania jej suwerenności i granic. Rosja te zobowiązania brutalnie podeptała. Amerykanie i Brytyjczycy nie obiecali automatycznego przystąpienia do wojny w obronie Ukrainy, ale historia pokazała, jak niebezpieczne jest utożsamianie dyplomatycznych deklaracji z rzeczywistą gwarancją bezpieczeństwa. Papier nie strzela, deklaracje nie zatrzymują czołgów, a dobre intencje nie zestrzeliwują rakiet. Nie chcę Polski antyamerykańskiej. Chcę Polski, która potrafi być sojusznikiem Ameryki, nie stając się jej bezmyślnym wasalem. Polski, która rozumie, że NATO jest fundamentem naszego bezpieczeństwa, ale żaden sojusz nie zwalnia nas z obowiązku myślenia, przygotowywania się na najgorsze i budowania własnej siły. Patriotyzm nie polega przecież na lizaniu amerykańskiej dupy ani rosyjskiego buta. Polega na pilnowaniu interesów własnego państwa, nawet jeżeli trzeba powiedzieć sojusznikowi coś, czego bardzo nie chce usłyszeć. Amerykanie już raz dogadywali się ze Stalinem w sprawie Polski. Nie zamierzam udawać, że podobna historia nie może się powtórzyć tylko dlatego, że dziś zamiast Roosevelta w Białym Domu siedzi Trump, a zamiast Stalina na Kremlu Putin. Nie twierdzę, że tak się stanie, ale jestem wystarczająco stary i wystarczająco dużo widziałem, żeby nie wierzyć w bajki o wiecznych przyjaźniach między państwami. Szczególnie wtedy, kiedy opowiadają je politycy, którzy swoją odwagę demonstrują głównie przed mikrofonami, a wiedzę o wojnie czerpią z przemówień wygłaszanych nad grobami tych, którzy naprawdę walczyli. Bo kiedy wielcy zaczynają dzielić świat między siebie, mali zwykle dowiadują się o wynikach negocjacji dopiero wtedy, gdy przychodzi im płacić rachunek. A Polska już raz zapłaciła za taką lekcję dziesięcioleciami zniewolenia. I, kurwa, wystarczy.
21
134
429
6,470
59 ZATRZYMANYCH, 35 TYSIĘCY SKONTROLOWANYCH SZKÓŁ. A MY NADAL JESTEŚMY W CZARNEJ DUPIE! Dwa dni, dwa brutalne ataki w szkołach, jedna osoba nie żyje, kilkanaście rannych. Do piątkowego wieczoru 59 osób zatrzymanych w związku z groźbami i innymi niebezpiecznymi incydentami, blisko 35 tysięcy skontrolowanych placówek i tysiące policjantów postawionych na nogi. Państwo demonstruje siłę, radiowozy stoją przed szkołami, politycy mówią o zdecydowanej reakcji. Tylko ja, kurwa, chciałbym wiedzieć, czy my naprawdę rozwiązujemy problem, czy jedynie pokazujemy społeczeństwu, jak widowiskowo potrafimy reagować na jego skutki. Bo 59 zatrzymanych nie oznacza 59 niedoszłych morderców, a tysiące kontroli nie są dowodem, że ktokolwiek ustalił, skąd wzięło się to szaleństwo. Przypomnę historię „Niebieskiego Wieloryba”, który w latach 2016–2017 wywołał ogromne poruszenie w Rosji i na Ukrainie. Internetowe wyzwania, manipulowanie młodymi ludźmi, nakłanianie do samookaleczeń, a według ówczesnych doniesień nawet do samobójstw. Rosyjskie media pisały o 130 ofiarach, choć nigdy nie udało się wiarygodnie potwierdzić takiego bilansu ani istnienia jednej organizacji kierującej całym procederem. Rzeczywiste niebezpieczeństwa mieszały się z plotkami, naśladownictwem i zbiorową paniką, która żyła już własnym życiem. Strach okazał się znacznie szybszy od prawdy. I właśnie dlatego zastanawiam się, czy ktoś nie próbuje dziś wykorzystać podobnego mechanizmu w Polsce. Nie wykluczam udziału rosyjskich służb specjalnych, choć traktuję to jako jedną z wielu hipotez, a nie ustalony fakt. Równie dobrze mogą za tym stać internetowi prowokatorzy, grupy młodzieżowe, pojedynczy sprawcy szukający rozgłosu albo zwykły efekt naśladownictwa. Nie trzeba przecież organizować każdego ataku, żeby wykorzystać jego skutki. Czasem wystarczy jedna tragedia, odpowiednio podsycony strach i tysiące ludzi, którzy w dobrej wierze zaczynają rozpowszechniać niesprawdzone informacje. W wojnie hybrydowej taka panika może być równie użyteczna jak fizyczny akt sabotażu. Tylko co zamierzamy z tym zrobić? Postawić policjanta przed każdą szkołą, galerią handlową, kinem, Biedronką, kościołem, dworcem i przystankiem autobusowym i miejskim sraczem? Przecież jeśli ktoś naprawdę zamierza skrzywdzić przypadkowych ludzi, nie musi wybierać szkoły. Może zaatakować wszędzie tam, gdzie spotka innych. I co wtedy? Zamkniemy galerie, odwołamy seanse, zakażemy zgromadzeń, a przed każdym sklepem ustawimy radiowóz? Ilu mamy policjantów i na jak długo wystarczy nam sił, żeby utrzymywać cały kraj w stanie permanentnego alarmu? Może przy okazji zabierzmy harcerzom finki, bo przecież posiadają noże. Rozwiążmy grupy rekonstrukcji historycznej, bo chodzą z szablami, bagnetami i replikami broni. Kucharzom odbierzmy tasaki, leśnikom siekiery, a obywatelom wszystko, co ostrzejsze od plastikowej łyżeczki. A najlepiej rozbrójmy się całkowicie. Niech armia zda karabiny, policja pistolety, a żołnierze bagnety, bo przecież każdemu może kiedyś odjebać. Wtedy dopiero będziemy bezpieczni. Bez broni, bez narzędzi, bez możliwości obrony i, co najważniejsze, bez resztek zdrowego rozsądku. Nie dajmy się, kurwa, zwariować. Harcerz z finką nie jest nożownikiem, rekonstruktor z szablą nie jest mordercą, a legalny posiadacz broni nie staje się przestępcą dlatego, że jakiś bandyta postanowił skrzywdzić drugiego człowieka. Oczywiście potrzebne są zasady, odpowiedzialność i nadzór tam, gdzie wymaga tego bezpieczeństwo. Ale jeśli na każdy akt przemocy będziemy odpowiadać kolejnym zakazem, to w końcu zabronimy ludziom normalnie żyć, a i tak nie wyeliminujemy tych, którzy świadomie łamią prawo. Nie mam pretensji do policjantów stojących przed szkołami. Wykonują swoje obowiązki, często w trudnych warunkach, a ich obecność może być potrzebna tam, gdzie pojawiło się konkretne zagrożenie. Nie udawajmy jednak, że radiowóz przed bramą rozwiązuje problem, którego źródło może znajdować się setki kilometrów dalej, po drugiej stronie internetowego łącza. Jeżeli w sieci ktoś inspiruje młodych ludzi, rozpowszechnia groźby, tworzy grupy nakłaniające do przemocy albo świadomie wywołuje panikę, to właśnie tam trzeba prowadzić rozpoznanie. Do tego potrzebni są ludzie, technologia, współpraca służb i odpowiednie przepisy, a nie nieograniczona inwigilacja wszystkich obywateli. Nie wszystko da się zrobić w granicach obecnych uprawnień, ale właśnie od tego mamy państwo i ustawodawcę, żeby potrafili stworzyć skuteczne, a jednocześnie zgodne z prawem rozwiązania. Najbardziej niepokoi mnie jednak coś innego. Państwo nie może zachwycać się własną mobilizacją, jakby liczba zatrzymanych i skontrolowanych szkół była ostatecznym dowodem sukcesu. To pokazuje skalę reakcji, niekoniecznie skalę rozpoznania. Chciałbym wiedzieć, czy ustalono źródła internetowych gróźb, czy sprawdzono możliwość ich koordynowania, czy potrafimy odróżnić realne zagrożenie od prowokacji i czy ktoś analizuje możliwość celowego podsycania paniki. Nie oczekuję ujawniania metod pracy służb ani szczegółów prowadzonych postępowań. Oczekuję dowodów, że ktoś patrzy dalej niż na najbliższą szkolną bramę. I tutaj dochodzimy do sprawy, która wkurwia mnie równie mocno jak cała ta sytuacja. Może właśnie teraz, do ciężkiej kurwy nędzy, nasi politycy z obu stron wreszcie usiądą przy jednym stole? Nie po to, żeby zrobić sobie wspólne zdjęcie i ogłosić historyczne porozumienie, lecz żeby zwyczajnie porozmawiać o bezpieczeństwie państwa i jego obywateli. Ja wiem, że prezydent i premier prowadzą swoją polityczną wojenkę, że jedni drugich nienawidzą, a za każdą stroną stoją zastępy ludzi gotowych obrzucać przeciwników gównem od świtu do nocy. Tylko może istnieje jeszcze coś ważniejszego niż partyjne ambicje, osobiste urazy i kolejne słupki poparcia? Społeczeństwo ma już tę waszą niekończącą się napierdalankę w dupie. Ludzie chcą efektów, a nie następnej konferencji prasowej, na której jeden polityk udowadnia, że drugi jest idiotą. A potem okazuje się, że obydwaj nie dorastają do pięt idiocie. Chcą wyprawić rano dzieci do szkoły i mieć rozsądną pewność, że wieczorem wrócą do domu. Chcą normalnie robić zakupy, chodzić do kina, kościoła czy na spacer, bez zastanawiania się, czy właśnie tam wydarzy się kolejna tragedia. I mają pełne prawo oczekiwać, że ci, którym płacą za rządzenie państwem, potrafią przynajmniej w sprawach bezpieczeństwa odłożyć na bok swoje polityczne zabawki. A jeśli nie potraficie dogadać się sami, to może chociaż przestańcie obrzucać się gównem za pośrednictwem swoich partyjnych propagandystów i zaprzyjaźnionych dziennikarzy. Niektóre medialne mordy powinny na chwilę zamilknąć, zamiast codziennie produkować kolejną porcję politycznego gówna. Nie każdy internetowy debil szukający rozgłosu zasługuje na pięć minut w telewizji, nie każda plotka powinna trafiać na czerwony pasek i nie każde niesprawdzone ostrzeżenie trzeba natychmiast zamieniać w sensację. Dziennikarstwo polega również na odpowiedzialności za słowo, zwłaszcza wtedy, gdy społeczeństwo zaczyna się bać. Warto przy tym pamiętać, że wasze dzieci, drodzy politycy i dziennikarze, też chodzą do szkół, jeżdżą komunikacją publiczną, robią zakupy i bywają w miejscach, których nie da się obstawić policyjnymi patrolami. Żaden immunitet, legitymacja partyjna, przepustka sejmowa ani telewizyjna akredytacja nie zapewnią im całkowitej ochrony. Jeśli bezpieczeństwo publiczne zacznie się rzeczywiście sypać, wszyscy odczujemy tego konsekwencje, niezależnie od tego, na kogo głosowaliśmy i kogo najbardziej nienawidzimy w polityce. Nie chodzi mi o to, żeby zamiatać zagrożenia pod dywan. Przeciwnie, trzeba je rozpoznawać, ścigać sprawców, reagować na niepokojące zachowania i rozmawiać z dziećmi, zanim zrobi to za nas ktoś w internecie. Ale nie wolno przy okazji zamieniać całego społeczeństwa w zakładników strachu. Każda tragedia wymaga poważnej reakcji, nie zaś zbiorowej histerii, w której zaczynamy podejrzewać każdego nastolatka, każdego harcerza z finką i każdego człowieka posiadającego jakiekolwiek narzędzie mogące posłużyć do wyrządzenia krzywdy. Od lat powtarzam, że w wojnie hybrydowej jednym z najważniejszych celów przeciwnika jest rozbijanie społecznego zaufania do własnego państwa. Jeżeli ktoś świadomie podsyca dzisiejszą panikę, nie musi nawet doprowadzić do kolejnego ataku, żeby osiągnąć część swoich celów. Wystarczy, że rodzice zaczną bać się szkół, obywatele miejsc publicznych, a politycy zamiast współpracować, wykorzystają tragedię jako kolejną pałkę do okładania przeciwników. Dlatego mam do rządzących i opozycji jedno pytanie. Czy naprawdę musi wydarzyć się jeszcze coś gorszego, żebyście wreszcie przestali napierdalać się między sobą i zaczęli wspólnie zajmować sprawami, które dotyczą bezpieczeństwa nas wszystkich? Nie musicie się kochać, nie musicie sobie ufać, nie musicie nawet podawać sobie rąk przed kamerami. Wystarczy, że usiądziecie do jednego stołu, wysłuchacie odpowiedzialnych za bezpieczeństwo ludzi, podejmiecie potrzebne decyzje i przestaniecie robić polityczny cyrk z każdej tragedii. Bo na razie wygląda to tak, że państwo próbuje gasić pożar, nie wiedząc jeszcze do końca, skąd bierze się ogień, a politycy stoją obok i kłócą się, kto ma trzymać wąż strażacki. Za nimi zaś ustawiła się kolejka medialnych podpalaczy, którzy dla kilku punktów oglądalności i kolejnego partyjnego zlecenia gotowi są dolać benzyny do płomieni. A przecież to nie politycy ani dziennikarze będą płacić najwyższą cenę za kolejne tragedie. Zapłacą zwykli ludzie, którzy chcą tylko spokojnie żyć, pracować i wychowywać dzieci. I może właśnie to powinniście sobie wreszcie wbić do głów: dzieci nie mają barw partyjnych. Nie są ani z PiS, ani z KO, nie interesuje ich, kto wygrał ostatnią polityczną awanturę i czyja telewizja ma lepsze paski. Mają rodziców, którzy każdego ranka wyprawiają je do szkoły i chcą wieczorem zobaczyć je żywe i zdrowe. A jeśli tego nie potraficie zrozumieć, to naprawdę jesteśmy w czarnej dupie. I żaden dodatkowy radiowóz tego nie zmieni.
14
41
150
4,978
TEN PIEPRZONY CHALLENGE TRZEBA ZATRZYMAĆ, ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO! Sama Policja tego nie zatrzyma. Zatrzymać możemy to my, wspólnie z Policją, szkołami i naszymi dziećmi. Bo to właśnie rodzice mogą jako pierwsi zauważyć sygnały, których nie dostrzeże nawet najlepszy funkcjonariusz. Rano, zanim dzieci wyjdą do szkoły, porozmawiajcie z nimi. Zapytajcie, co wiedzą o tym chorym challenge'u, czy ktoś je do czegoś namawia, czy dostają niepokojące wiadomości. Poproście, żeby pokazały wam takie treści. Zwróćcie uwagę na to, co zabierają do szkoły, co mają w torbach i plecakach. Nie chodzi o naruszanie prywatności, ale o zwykłą rodzicielską odpowiedzialność. Czasem jedno pytanie zadane we właściwym momencie może uratować komuś życie. Przez lata służby nauczyłem się jednej rzeczy: zagrożenie rzadko pojawia się zupełnie bez ostrzeżenia. Często wcześniej są sygnały, które ktoś zlekceważył, uznał za żart albo zwyczajnie nie połączył faktów. Dlatego nie namawiam do paniki, tylko do czujności. Nie każdy dziwny wpis oznacza zagrożenie, ale każda wiarygodna groźba wymaga sprawdzenia. Jeżeli dziecko wspomina o planowanym ataku, groźbach albo niebezpiecznym wyzwaniu, nie machajcie ręką. Zabezpieczcie wiadomości, zrzuty ekranu, nazwy profili i godziny publikacji. Przekażcie informacje Policji i powiadomcie szkołę. Jeżeli zagrożenie jest bezpośrednie, dzwońcie pod 112. Nie bawcie się w samozwańczych śledczych, nie publikujcie nazwisk i nie nakręcajcie internetowej histerii. Informacja ma trafić do tych, którzy potrafią ją zweryfikować i wykorzystać, a nie do kolejnego tysiąca komentujących. Jako były oficer wojskowych służb specjalnych patrzę na takie zdarzenia również z innej perspektywy. Nie interesuje mnie wyłącznie to, kto wykonał określone działanie. Interesuje mnie także, kto mógł go zainspirować, kto podsyca atmosferę strachu i kto odnosi z tego korzyść. Nie wykluczam inspiracji zewnętrznej, również w ramach wojny hybrydowej. To hipoteza, nie ustalenie. Ale obowiązkiem służb jest sprawdzać także scenariusze, które na pierwszy rzut oka wydają się mało prawdopodobne. Właśnie teraz potrzebujemy współpracy, nie politycznego napierdalania się. Policja jest naszym wspólnym dobrem i trzeba jej pomóc zdusić ten syf w zarodku. Konkretami, a nie plotkami. W bezpieczeństwie liczy się nie tylko to, co wiedzą służby, ale również to, czego na czas dowiedzą się od obywateli. I jeszcze jedno. Strach jest jednym z najtańszych narzędzi destabilizacji społeczeństwa. Nie trzeba nawet doprowadzić do tragedii, żeby sparaliżować tysiące rodzin. Wystarczy sprawić, żeby każdy rodzic zaczął się bać o swoje dziecko. Dlatego nie dajmy się zastraszyć, ale też nie mylmy spokoju z obojętnością. Nie potrzeba demonstracji ani wielkich deklaracji. Wystarczy czujność, rozsądek i zwykła ludzka solidarność. Choćby w tej jednej sprawie pokażmy, że potrafimy działać razem. Przez lata służby nauczyłem się również, że najdroższe bywają te zagrożenia, które w porę zlekceważono. Lepiej dzisiaj sprawdzić jeden sygnał za dużo, niż jutro zapalać znicze i pytać, dlaczego nikt nie zareagował.
9
161
411
8,052
KRWAWY CHALLENGE CZY WOJNA HYBRYDOWA? KTO STOI ZA ATAKAMI W POLSKICH SZKOŁACH? Ostrołęka. Dziewięć rannych osób. Następnego dnia Leszczydół-Nowiny pod Wyszkowem. Piętnastolatek zabija 37-letnią kobietę i rani kolejne dwie osoby. W Sierpcu policja zatrzymuje siedemnastolatka podejrzewanego o przygotowywanie podobnego ataku. Trzy niepokojące zdarzenia w ciągu dwóch dni. Przypadek? Być może. Ale ja, jako były oficer wojskowych służb specjalnych, nie zamierzam przyjmować najwygodniejszego wyjaśnienia tylko dlatego, że pozwala wszystkim spokojnie wrócić do domu i udawać, że problem został rozwiązany. Zacznijmy od pytania, które nie daje mi spokoju. Czy ci młodzi ludzie rzeczywiście sami wpadli na pomysł, żeby wejść do szkoły i urządzić rzeź? A może ktoś ich inspirował, podsycał nienawiść, podsuwał wzorce i przygotowywał psychicznie do zabijania? Czy mamy do czynienia z kolejnym internetowym challengem, tym razem polegającym na krzywdzeniu niewinnych ludzi? Policja sprawdza również taki trop, choć na razie nie potwierdzono istnienia zorganizowanego wyzwania. Sam fakt, że podobna możliwość pojawiła się w toku wyjaśniania tych wydarzeń, powinien skłonić do poważnej analizy. Bo czym właściwie jest taki challenge? Dla jednego dzieciaka głupią zabawą, dla drugiego sposobem zdobycia popularności, a dla trzeciego wyzwaniem, które trzeba wykonać, żeby udowodnić swoją wartość. Wystarczy odpowiednio wykorzystać potrzebę akceptacji, frustrację, samotność i fascynację przemocą. A jeśli do tego dołożymy człowieka, który świadomie manipuluje młodzieżą, internet przestaje być miejscem rozrywki, a staje się narzędziem oddziaływania psychologicznego. I teraz dochodzimy do sprawy znacznie poważniejszej. KTO ZA TYM STOI? Czy to tylko naśladownictwo? Czy internetowa społeczność gloryfikująca przemoc? Czy może ktoś dorosły, kto świadomie inspiruje młodych ludzi do popełniania zbrodni? Jedna z moich hipotez zakłada możliwość udziału obcych służb specjalnych. Podkreślam, to hipoteza, a nie stwierdzony fakt. Nie mam dowodów, że którykolwiek z tych ataków został przez nie zainspirowany. Ale mając doświadczenie w służbach, uważam, że takiego kierunku rozpoznania nie wolno z góry odrzucać. Zwłaszcza w obecnej sytuacji bezpieczeństwa Polski. Bo wojna hybrydowa, do kurwy nędzy, nie kończy się na wysadzaniu torów, podpalaniu magazynów, przecinaniu kabli czy wysyłaniu dronów nad lotniska. Jej istotą jest również destabilizacja państwa, wywoływanie chaosu, podważanie zaufania do instytucji i sianie strachu w społeczeństwie. Kreatywność w doborze narzędzi takiej wojny może być praktycznie nieograniczona. A KTÓRY KRAJ BYŁBY NA TYLE CHORY I BEZWZGLĘDNY, ŻEBY ZAFUNDOWAĆ POLAKOM COŚ TAKIEGO? Które państwo miałoby interes w tym, żeby polscy rodzice bali się wysyłać dzieci do szkoły? Żeby społeczeństwo żyło w ciągłym napięciu, a instytucje bezpieczeństwa musiały angażować coraz więcej sił do reagowania na kolejne kryzysy? Które państwo od lat traktuje destabilizację innych krajów jako instrument swojej polityki? Rosja jest oczywistym kierunkiem, który należałoby uwzględnić w analizie kontrwywiadowczej. Nie dlatego, że istnieją dowody na jej udział w tych konkretnych wydarzeniach, lecz dlatego, że wykorzystywanie działań dywersyjnych, dezinformacyjnych i destabilizacyjnych należy do znanego repertuaru rosyjskich operacji. Jednak wskazanie potencjalnego beneficjenta nie oznacza jeszcze ustalenia sprawcy. Państwo zaczęło działać i mam nadzieję, że robi to dwutorowo. Z jednej strony należy ustalić indywidualne motywy sprawców, ich sytuację, przygotowania i źródła inspiracji. Z drugiej trzeba sprawdzić, czy za ich plecami nie stoją dorośli inspiratorzy, internetowi manipulatorzy, zorganizowane grupy, a w najbardziej niepokojącym wariancie również obce służby specjalne. I nie chodzi mi o szukanie rosyjskiego szpiega pod każdym szkolnym biurkiem. Chodzi o elementarną zasadę pracy operacyjnej. Nie odrzuca się hipotezy tylko dlatego, że brzmi nieprawdopodobnie. Najpierw się ją weryfikuje, a dopiero później wyciąga wnioski. Chciałbym wiedzieć, czy zbadano kontakty internetowe sprawców, ich aktywność na komunikatorach, wspólne grupy, administratorów, źródła inspiracji i ewentualne powiązania między zdarzeniami. Czy korzystali z tych samych materiałów? Czy ktoś zachęcał ich do przemocy? Czy ktoś obiecywał im popularność? Czy otrzymywali podobne komunikaty albo uczestniczyli w tych samych internetowych wyzwaniach? I wreszcie, czy możemy wykluczyć, że ktoś świadomie wykorzystuje podatność młodzieży na manipulację? Oczywiście możliwe jest również, że żaden dorosły za tym nie stoi, a mamy do czynienia z naśladownictwem i indywidualnymi motywami młodych sprawców. Taka wersja wcale mnie nie uspokaja. Bo jeżeli nastolatki samodzielnie dochodzą do przekonania, że mordowanie niewinnych ludzi może zapewnić im rozgłos, to mamy kurewsko poważny problem społeczny, którego nie rozwiąże ustawienie radiowozu przed każdą szkołą. Nie zamierzam natomiast krytykować policji za brak działania. Policjanci zatrzymali podejrzanego w Sierpcu, a Komenda Główna Policji zarządziła wzmożone kontrole w rejonach szkół. To konkretne działania i dobrze, że zostały podjęte. Mam jednak nadzieję, że równolegle do ochrony placówek trwa głębokie rozpoznanie środowiska internetowego młodzieży i poszukiwanie ewentualnych inspiratorów. Bo jeżeli ktoś świadomie wykorzystuje młodych ludzi jako narzędzia przemocy, to jego zatrzymanie powinno być równie ważne jak zatrzymanie człowieka z nożem. A jeżeli mamy do czynienia z nową formą naśladownictwa, trzeba jak najszybciej poznać mechanizm jej rozprzestrzeniania. Nie chcę kolejnych politycznych konferencji pełnych zapewnień, że wszystko jest pod kontrolą. Chcę państwa, które potrafi wyprzedzać zagrożenia, zamiast jedynie liczyć rannych i zabitych. Bo jeżeli za tym szaleństwem rzeczywiście stoi jakiś skurwysyn, który urządził sobie z polskiej młodzieży narzędzie do zabijania, to właśnie teraz może siedzieć spokojnie przed komputerem i szukać następnego dzieciaka, któremu wmówi, że zamordowanie człowieka jest pieprzonym challengem. I TO JEGO TRZEBA ZNALEŹĆ. ZANIM ZGINIE KTOŚ NASTĘPNY.
58
252
845
77,995
DZIŚ LATAJĄ Z NOŻAMI, JUTRO MAJĄ STRZELAĆ? NO KURWA, GENIALNY PLAN! W szkołach ataki z nożami, a polityczni geniusze chcą ułatwiać dostęp do broni. Sam mam broń i uważam, że przepisy trzeba zmienić, ale nie oznacza to, kurwa, rozdawania pistoletów razem z dowodem osobistym! Co uprościć, co zmienić, a czego absolutnie nie ruszać? Obejrzyjcie najnowszy odcinek i przekonajcie się, jak można ułatwić dostęp do broni odpowiedzialnym ludziom, nie uzbrajając przy okazji każdego idioty. A potem napiszcie w komentarzach, komu wy dalibyście pozwolenie! KRÓTKO Z KAFIREM – WYGADANI WETERANI! youtube.com/watch?v=mbp_cZFD…
4
27
70
2,031
PO CO MAJĄ SIĘ NAPIERDALAĆ NOŻAMI, SKORO MOGĄ OD RAZU STRZELAĆ? Dwa brutalne ataki w polskich szkołach. Noże, ranni, strach i śmierć. A w tym samym czasie część prawicy przekonuje nas, że Polakom potrzeba łatwiejszego dostępu do broni palnej. No kurwa, zajebisty pomysł! Po co jakiś sfrustrowany idiota ma biegać po szkolnym korytarzu z nożem, skoro można mu jeszcze ułatwić zdobycie pistoletu jego rodzicom? Po co się męczyć, skoro wystarczy nacisnąć spust? Jeszcze tylko automaty z amunicją postawić obok szkolnych sklepików. Amerykański sen nad Wisłą, tylko bez Hollywood, za to z prawdziwymi trupami. Oczywiście zaraz odezwie się prawicowy chór internetowych kowbojów, że broń dostaną wyłącznie odpowiedzialni obywatele. No jasne! Przecież człowiek, który dzisiaj jest normalny, ma dożywotnią gwarancję, bo dowód osobisty zobowiązuje. Sam posiadam broń od ponad dwudziestu lat i jestem zwolennikiem prawa do jej posiadania. Ale nie mylę tego prawa z pomysłem na rozdawanie dostępu do pistoletów każdemu, kto marzy o zostaniu szeryfem własnego osiedla. Broń nie daje rozumu, nie leczy frustracji i nie zastępuje odpowiedzialności. Za to w rękach agresywnego idioty potrafi w kilka sekund zamienić awanturę w masakrę. Ale co tam! Politycy będą opowiadać o wolności, kibolscy napinacze o sile, a internetowi komandosi o uzbrojonym narodzie. Prawica z lewicą dalej będą się napierdalać, media będą podkręcać emocje, a społeczeństwo coraz bardziej nakręcać się wzajemną nienawiścią. Więc gratuluję, panowie rewolwerowcy! Napierdalajcie się dalej, podkręcajcie agresję i domagajcie się coraz łatwiejszego dostępu do broni. Tylko pamiętajcie, że kiedy zamiast noża pojawi się pistolet, ofiar może być znacznie więcej. A potem znowu będziecie stali przed kamerami z zatroskanymi mordami i pytali, jak mogło dojść do takiej tragedii
49
110
343
4,458
ROZPIERDOLILI WSI, ODSŁONILI OFICERÓW, A POTEM JEDNEGO Z LIKWIDATORÓW OSKARŻONO O SZPIEGOSTWO DLA ROSJI. KURWA, CO ZA SUKCES! Przez prawie dwadzieścia lat słucham opowieści o tym, jak Antoni Macierewicz i jego ekipa uratowali Polskę przed Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Jak bohatersko rozprawili się z rosyjską agenturą, oczyścili wojsko i stworzyli nowe, wspaniałe służby specjalne. Słucham tego jako człowiek, który przez lata służył w wojskowych służbach specjalnych, również na wojnie, i zastanawiam się, ile jeszcze można opowiadać społeczeństwu bajek o przedsięwzięciu, którego skutków do dzisiaj uczciwie nie rozliczono. Bo w mojej ocenie to nie była żadna reforma. To był armagedon bezpieczeństwa wojskowego państwa. Rozmontowano istniejący system, naruszono ciągłość pracy operacyjnej, osłabiono zdolności mobilizacyjne, a ludziom odpowiedzialnym za tę operację otwarto drogę do kolejnych stanowisk, wpływów i publicznych pieniędzy. I jeszcze kazano narodowi bić brawo. Zacznijmy od tych wybitnych specjalistów, którzy zabrali się za likwidację WSI. Antoni Macierewicz, Sławomir Cenckiewicz, Piotr Woyciechowski, Piotr Bączek, Andrzej Kowalski i całe to polityczno-historyczne towarzystwo. Politycy, historycy, publicyści i specjaliści od czytania cudzych teczek. Ludzie, z których część nie miała za sobą zawodowej praktyki w wojskowym wywiadzie i kontrwywiadzie, nie prowadziła wojskowych źródeł osobowych, nie zabezpieczała operacyjnie jednostek ani nie organizowała wojennego rozwinięcia służby. Nie trzymali w dłoni przysłowiowej saperki nawet przez pięć minut, ale o wojsku, kurwa, myśleli, że wiedzą więcej niż niejeden generał WP. Do kurwy nędzy, przeczytanie biblioteki podręczników chirurgii nie czyni człowieka chirurgiem, a znajomość budowy samolotu nie daje umiejętności pilotowania myśliwca. Wożenie dupy na tylnej kanapie taksówki, choćby przez trzydzieści lat, nie czyni z pasażera mistrza świata w jeździe samochodem. Można znać wszystkie ulice Warszawy, wiedzieć, gdzie jest gaz i hamulec, a nawet rozpoznawać samochody po dźwięku silnika. Ale żeby zapierdalać 150 kilometrów na godzinę po torze, trzeba jeszcze umieć prowadzić, wiedzieć, kiedy hamować i jak wyjść z zakrętu, kiedy samochód zaczyna tracić przyczepność. A armia to nie zabawa małymi samochodzikami na kolorowym torze. Tutaj za błędy płaci się ludźmi, zdolnościami operacyjnymi i bezpieczeństwem państwa. I właśnie tacy pasażerowie postanowili kierować samochodem polskich wojskowych służb specjalnych. A potem ogłosili, że wygrali wyścig… Ta, wygrali… Weźmy choćby Cenckiewicza. W tamtych czasach gość nie miał jeszcze trzydziestki, a już był uznawany za eksperta od wojska. No bo żeby zostać szefem komisji likwidacyjnej, to chyba trzeba choć trochę znać się na armii od środka. Nie wiem, czy potrafiłby prawidłowo opisać zadania drużyny piechoty, ale uczestniczył w przedsięwzięciu dotyczącym bezpieczeństwa całych Sił Zbrojnych RP. Cenckiewicz był historykiem, Macierewicz politykiem. Oczywiście cywil może nadzorować służby, ale cywilny nadzór nie czyni jeszcze z historyka oficera operacyjnego. Monty Python przy tym to zespół specjalistów NASA przygotowujących lot na Marsa. Tyle że Python robił kabaret, a tutaj kabaret politycznych fachowców zabrał się za prawdziwą służbę specjalną. A teraz zobaczmy, co właściwie rozmontowano. WSI były elementem systemu bezpieczeństwa Sił Zbrojnych RP. Prowadziły wywiad i kontrwywiad wojskowy, chroniły informacje, zabezpieczały jednostki, przedsięwzięcia wojskowe i misje zagraniczne. Miały również przygotowywane przez lata zaplecze osobowe służące mobilizacyjnemu rozwinięciu kontrwywiadu. Wśród osobowych źródeł informacji znajdowali się żołnierze zasadniczej służby wojskowej, podchorążowie i ludzie, którzy później przechodzili do rezerwy. Część zostawała oficerami rezerwy, znała środowisko wojskowe i stanowiła potencjalny zasób przydatny podczas mobilizacji. Takie możliwości buduje się latami. Nie za pomocą prezentacji, ministerialnego zarządzenia ani konferencji prasowej z flagą w tle. Likwidacja WSI naruszyła ciągłość tego systemu. Rozproszono ludzi, zerwano część relacji i utracono część doświadczenia. W mojej ocenie szczególnie dotkliwie uderzyło to w przygotowania mobilizacyjne kontrwywiadu wojskowego. Dzisiaj, kiedy Polska jest państwem frontowym NATO, chciałbym wiedzieć, jakie zdolności mobilizacyjne posiadają SKW i SWW. Ilu ludzi przygotowano do wojennego rozwinięcia struktur? Jak wygląda osłona kontrwywiadowcza mobilizowanych jednostek, rezerw, sztabów i wojskowej logistyki? Bo wojna nie poczeka, aż jakiś cywilny geniusz skończy czytać teczkę i odkryje, że do zabezpieczenia mobilizowanej dywizji potrzebni są ludzie, a nie same pieczątki. Ale teraz coś, co najlepiej pokazuje różnicę między znajomością kontrwywiadu z książki a znajomością kontrwywiadu z praktyki. **OCHRONA TOŻSAMOŚCI OFICERÓW. CZYLI JAK KUPUJĄC PRALKĘ NA RATY, MOŻNA BYŁO UJAWNIĆ, ŻE SŁUŻY SIĘ W KONTRWYWIADZIE WOJSKOWYM.** W WSI byliśmy żołnierzami Wojska Polskiego. Nasze wynagrodzenia wypłacano w wojskowym systemie finansowym, a w dokumentach administracyjnych figurował numer jednostki wojskowej. Dla pracownika banku człowiek był po prostu żołnierzem. Jednym z tysięcy. Mógł kupić mieszkanie, samochód, pralkę na raty albo nowy sedes do łazienki i nie musiał od razu informować pani w banku, że jest oficerem tajnych służb. Nie musiał mówić: „Dzień dobry, chciałbym kredyt na lodówkę, a przy okazji uprzejmie informuję, że pracuję w kontrwywiadzie wojskowym”. Bank widział żołnierza, jego dochody i numer jednostki wojskowej. Nie musiał wiedzieć, że klient zajmuje się działalnością wywiadowczą albo kontrwywiadowczą. Proste? Proste. Nawet, kurwa, banalne. Po likwidacji WSI, według znanych mi z praktyki rozwiązań, zaczęły pojawiać się zaświadczenia o zatrudnieniu wskazujące rzeczywistą nazwę nowej służby. Funkcjonariusz szedł po kredyt i zamiast dokumentu z numerem jednostki wojskowej mógł przedstawiać zaświadczenie identyfikujące go jako człowieka kontrwywiadu wojskowego. No i pięknie, kurwa. Jeszcze tylko zdjęcie dołączyć, życiorys operacyjny, a do wniosku kredytowego najlepiej listę znajomych z pracy. Co więcej, bank mógł należeć do zagranicznej grupy kapitałowej. Nie oznacza to, że automatycznie przekazywał informacje obcemu wywiadowi. Oznacza natomiast, że dane o rzeczywistym zatrudnieniu funkcjonariusza trafiały poza instytucję, która powinna je chronić. A przecież oprócz miejsca zatrudnienia dokumentacja finansowa zawiera informacje o dochodach, zobowiązaniach i sytuacji majątkowej. W rękach obcego wywiadu takie dane mogą być przydatne do oceny zainteresowań i podatności konkretnej osoby na naciski. Według mojej wiedzy podobne praktyki występowały jeszcze w 2023 roku. Czy później je całkowicie wyeliminowano, nie wiem. **LUDZIE, KTO WAS, KURWA, UCZYŁ TEGO KONTRWYWIADU? NO KURWA, KTO?** Bo jeśli oficer musi przy zakupie pralki na raty ujawniać rzeczywiste miejsce służby, to coś jest nie tak nie z pralką, nie z bankiem i nie z oficerem, tylko z systemem ochrony własnego personelu i ludźmi odpowiedzialnymi za powstanie takiego burdelu! W normalnej służbie chroni się człowieka nie tylko podczas operacji, ale również w jego codziennym życiu. Przy wypłacie wynagrodzenia, załatwianiu dokumentów i podpisywaniu umowy kredytowej. A tutaj można było stworzyć sytuację, w której zwykłe zaświadczenie administracyjne osłabiało tę ochronę. I tak właśnie wygląda różnica między fachowcem znającym mechanizmy kontrwywiadu a cywilem przekonanym, że po przeczytaniu kilku ton papieru pozjadał wszystkie rozumy. Wróćmy jednak do lat 2006–2007 i polskich misji wojskowych. Nowe SKW miało zabezpieczać kontrwywiadowczo polskich żołnierzy, również podczas działań wojennych. Tylko że do takiej pracy nie wystarczy nowy szyld, ministerialna nominacja i kilka tygodni szkolenia. Oficer na wojnie musi znać wojsko, zagrożenia, procedury, środowisko operacyjne i zasady współpracy z dowództwem. Tego doświadczenia nie da się kupić razem z nowymi meblami do gabinetu. I co się okazało? Że nowe służby nadal potrzebowały byłych oficerów WSI. Sam Macierewicz przyznawał, że około jednej czwartej personelu SKW stanowili pozytywnie zweryfikowani żołnierze dawnej formacji, a misje zagraniczne w zasadzie tylko oni zabezpieczali. No przecież nie Bączek czy Cenckiewicz albo jakiś inny „ekspert”, na przykład z Poczty Polskiej lub harcerstwa. Tam można było stracić życie, więc tam się, kurwa, nie pchali. Czyli najpierw rozwalono służbę, przekonując społeczeństwo, że jest zagrożeniem dla Polski, a później korzystano z jej oficerów, żeby zabezpieczać polskich żołnierzy na wojnie. To jest, kurwa, dopiero osiągnięcie. W 2008 roku „Rzeczpospolita” opisywała krytyczne oceny pracy SKW w Afganistanie, w tym zarzuty dotyczące niewystarczającej osłony kontrwywiadowczej polskiego kontyngentu. Nie twierdzę, że każdy nowy funkcjonariusz był nieprzygotowany. Ale naprawdę trudno traktować to jako potwierdzenie propagandowej opowieści o stworzeniu z dnia na dzień znakomitej służby wojskowej. A teraz raport Macierewicza. 16 lutego 2007 roku opublikowano dokument liczący 374 strony. Znalazły się w nim nazwiska, powiązania personalne, informacje dotyczące działalności służb i przedsięwzięć operacyjnych. Dla obcego wywiadu takie informacje mogą stanowić materiał pozwalający potwierdzać wcześniejsze ustalenia, analizować powiązania i odtwarzać fragmenty działalności przeciwnika. Rosyjski analityk nie musiał włamywać się do archiwum, żeby przeczytać informacje ujawnione przez samo polskie państwo. Czy znał je wcześniej? Część zapewne mógł znać. Czy wszystko było dla niego nowe? Oczywiście nie. Ale w wywiadzie potwierdzenie informacji ma często taką samą wartość jak jej zdobycie. I właśnie dlatego zawodowi oficerowie tak poważnie traktują ochronę źródeł, ludzi i operacji. Wiedzą bowiem, że jedno nieprzemyślane ujawnienie może zniweczyć lata pracy. A teraz dochodzimy do sprawy Tomasza L., człowieka uczestniczącego w pracach komisji likwidacyjnej WSI, którego oskarżono o szpiegostwo na rzecz rosyjskiego wywiadu. Według aktu oskarżenia miał w latach 2017–2022 przekazywać Rosjanom informacje, między innymi z warszawskiego Urzędu Stanu Cywilnego, które mogły być wykorzystywane do tworzenia fałszywych tożsamości. I tutaj słyszę uspokajające zapewnienia, że przecież według aktu oskarżenia miał współpracować z Rosjanami dopiero od 2017 roku, a w komisji likwidacyjnej pracował w 2006 roku. No i co, kurwa, z tego? Czy ktoś naprawdę uważa, że człowiek, kończąc pracę w komisji, oddaje również własną pamięć? Że zamyka drzwi, wychodzi na ulicę i nagle zapomina nazwiska, pseudonimy, twarze, powiązania oraz informacje, które wcześniej poznał? Przecież to jest, do kurwy nędzy, elementarz kontrwywiadu! Sam doskonale pamiętam, ilu ludzi pozyskałem do współpracy, ilu prowadziłem, pamiętam ich pseudonimy i nazwiska. Minęły lata, a ta wiedza nie wyparowała mi z głowy tylko dlatego, że przestałem pełnić służbę. Pamięć oficera nie jest służbowym laptopem, który można oddać do magazynu i wyczyścić z danych. I właśnie dlatego człowiek mający dostęp do wrażliwych materiałów pozostaje potencjalnym celem zainteresowania obcych służb również wiele lat po zakończeniu wykonywania swoich obowiązków. Szczególnie jeżeli znał informacje dotyczące działalności wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Nie wiem, co dokładnie zapamiętał Tomasz L. Nie wiem, jakie informacje poznał podczas pracy w komisji i czy przekazał Rosjanom cokolwiek z tamtego okresu. Ale wiem jedno: żaden zawodowy kontrwywiadowca nie może wykluczyć takiego zagrożenia tylko dlatego, że zarzucana komuś współpraca z obcym wywiadem rozpoczęła się jedenaście lat później. Obca służba nie interesuje się wyłącznie tym, co człowiek wie dzisiaj. Interesuje ją również to, co wiedział wczoraj, dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Informacje historyczne mogą pomagać identyfikować ludzi, odtwarzać powiązania, weryfikować wcześniejsze ustalenia i oceniać działalność przeciwnika. Dlatego pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie: czy Tomasz L. współpracował z Rosjanami podczas likwidacji WSI? Powinno również brzmieć: jaką wiedzę wyniósł z komisji i czy ta wiedza mogła być przydatna rosyjskiemu wywiadowi, jeżeli rzeczywiście podjął później zarzucaną mu współpracę? Czy zabezpieczono ten obszar podczas śledztwa? Czy ustalono zakres jego dostępu do dokumentacji? Czy sprawdzono, czy informacje poznane w 2006 roku mogły pozostawać aktualne albo pomóc Rosjanom w identyfikacji osób i operacji? Bo jeżeli ktoś próbuje zamknąć sprawę argumentem, że w 2006 roku Tomasz L. nie był jeszcze rosyjskim agentem, to myli datę rozpoczęcia zarzucanego przestępstwa z okresem, z którego mogła pochodzić posiadana przez niego wiedza. **Nie trzeba być agentem w chwili poznawania tajemnicy, żeby później stanowić zagrożenie dla jej bezpieczeństwa.** I właśnie dlatego przestańcie, kurwa, opowiadać, że wszystko jest w porządku, bo daty z aktu oskarżenia się nie pokrywają. Samo to nie dowodzi przekazania tajemnic, ale też absolutnie nie wyklucza możliwości wykorzystania wiedzy wyniesionej z komisji. Dziennikarze TVN24 przedstawiali dokumenty wskazujące na jego dostęp do materiałów niejawnych. Cenckiewicz przekonywał, że jego rola była marginalna. Marginalna? A co to, kurwa, zmienia, jeśli człowiek mógł zapamiętać informacje, które poznał? Czy wiedza przestaje być wiedzą dlatego, że ktoś później nazwie jego stanowisko mało istotnym? Nie twierdzę, że Tomasz L. przekazał Rosjanom informacje z komisji. Twierdzę, że należało sprawdzić taką możliwość i ocenić zagrożenie, zamiast zasłaniać się uspokajającymi opowieściami o datach i marginalnej roli. Bo gdyby byłego oficera WSI oskarżono o szpiegostwo dla Rosji, zapewne następnego dnia usłyszelibyśmy, że stanowi to dowód na konieczność rozwiązania całej formacji. A tutaj nagle okazuje się, że trzeba zachować ostrożność, badać szczegóły i wyjaśniać zakres odpowiedzialności. Słusznie. Tylko dlaczego takiej samej ostrożności nie stosowano wobec tysięcy ludzi związanych z WSI? Nie kupuję również opowieści, że całe WSI należało rozwiązać dlatego, że niektórzy funkcjonariusze dopuścili się nieprawidłowości lub przestępstw. Przestępcę należy zatrzymać, osądzić i ukarać. Za jego czyny nie odpowiada automatycznie cała instytucja. Gdyby przyjąć podobną zasadę wobec innych służb, po kolejnych aferach należałoby rozwiązywać policję, ABW i następne państwowe formacje. Tylko że to nie jest budowanie bezpieczeństwa. To jego rozmontowywanie. Dzisiaj mamy Polskę na wschodniej flance NATO, wojnę za granicą, rosyjskie operacje wywiadowcze, dywersję i zagrożenie infrastruktury krytycznej. Potrzebujemy sprawnego kontrwywiadu wojskowego, zdolnego do działania zarówno w czasie pokoju, jak i podczas mobilizacji oraz wojny. Dlatego pytam, gdzie jest dzisiaj mobilizacyjne zaplecze osobowe kontrwywiadu? Jak odtworzono utracone zdolności? Ilu ludzi przygotowano do zabezpieczenia wojennego rozwinięcia armii? Czy rozwiązano problem administracyjnego ujawniania rzeczywistej przynależności funkcjonariuszy do służb? Nie interesują mnie polityczne deklaracje, stopnie, gabinety i konferencje prasowe. Interesuje mnie bezpieczeństwo polskiego żołnierza i zdolność państwa do obrony. A co z Rosją? Czy Rosja inspirowała likwidację WSI? Nie znam dowodów pozwalających to stwierdzić. Ale nie trzeba udowadniać rosyjskiego autorstwa tej operacji, żeby zapytać o możliwe korzyści rosyjskiego wywiadu. Publiczne ujawnienie informacji o działalności służb, naruszenie ciągłości pracy operacyjnej, problemy mobilizacyjne, utrata części doświadczenia i konieczność budowy nowych struktur to zagadnienia, które powinny znaleźć się w rzetelnym bilansie całej operacji. Bo z punktu widzenia przeciwnika nie ma znaczenia, czy osłabienie naszych zdolności było wynikiem świadomego działania, politycznej ambicji czy zwykłych błędów. Liczy się to, czy można je wykorzystać. I jeszcze jedno. Ludzie odpowiedzialni za likwidację WSI otrzymywali później kolejne stanowiska, funkcje i publiczne wynagrodzenia. Nie mam dowodów, by każdemu z nich przypisywać motyw finansowy. Ale mam pełne prawo pytać, dlaczego tak wielkie polityczne uznanie nie szło w parze z publicznym, szczegółowym rozliczeniem operacyjnych skutków ich decyzji. **Bo dla mnie miarą sukcesu kontrwywiadu nie jest liczba rozwiązanych własnych jednostek, ujawnionych nazwisk i rozdanych stanowisk. Miarą sukcesu jest zdolność do wykrywania przeciwnika, ochrony własnych ludzi i zabezpieczenia armii na czas wojny.** Dwadzieścia lat po likwidacji WSI nadal czekam na uczciwy rachunek tego, co straciliśmy, a co rzeczywiście zyskaliśmy. Bo jeśli przez lata przygotowywany system wojskowych służb specjalnych można rozmontować decyzją polityczną, a potem stworzyć rozwiązania, w których oficer kupujący pralkę na raty może ujawniać swoje rzeczywiste miejsce służby, to mam jedno pytanie. **KTO WAS, DO KURWY NĘDZY, UCZYŁ KONTRWYWIADU?** I kto w końcu odpowie za skutki tej wielkiej operacji ratowania Polski przed jej własnymi służbami? Kafir
30
222
701
16,891
Po zapoznaniu się ze szczegółami ogólnie dostępnymi dochodzę do wniosku, że rozwiązanie WSI i przekazanie raportu po rosyjsku do rosyjskiej ambasady było meldunkiem o wykonaniu rozkazu pochodzenia rosyjskiego! Ruskie służby dobrze wiedziały, że Polakom nawet tym szkolonym w ZSRR i w Rosji nie można ufać, a ponadto doskonale znali metody pracy rosyjskich służb specjalnych i być może znali wielu nielegałów umiejscowionych w Polsce. Dlatego należało ich skompromitować, rozpędzić i odciąć od informacji. Ten co to zrobił jest zdrajcą!
3
12
42
900
POLSKA BEZ SZPIEGÓW? MOŻE ROSJA PO PROSTU NIE LUBI DZIELIĆ SIĘ TYM, CO UWAŻA ZA SWOJE. Patrzę sobie na Europę i zaczynam się zastanawiać, czy rosyjscy szpiedzy mają jakiś szczególny problem z polskim klimatem. Może nie lubią bigosu, może odstrasza ich smog, a może ktoś kiedyś na Jasnej Górze załatwił nam kontrwywiadowczy pakiet premium: „Matko Boska, broń nas od GRU, FSB, SWR i każdego skurwysyna z pendrivem”. Bo kiedy spojrzeć na to, co dzieje się wokół nas, można odnieść wrażenie, że rosyjskie służby chętnie interesują się całą Europą, tylko nad Wisłą nagle dostają ataku przyzwoitości. We Włoszech w lipcu 2026 roku zatrzymano Gavino Raoula Pirasa i Vincenza Di Pasqualego, dwóch byłych funkcjonariuszy AISI. Według śledczych mieli za pieniądze dostarczać informacje rosyjskiemu wywiadowi. Piras miał za sobą szkolenie NATO i doświadczenie dotyczące pracy służb, a w śledztwie pojawiły się informacje związane z obronnością, uzbrojeniem, cyberbezpieczeństwem oraz ludźmi mającymi dostęp do informacji wrażliwych. To nie był więc Sasza spod budki z kebabem, który za dwieście euro miał zrobić telefonem zdjęcie jednostki wojskowej, ale ludzie wiedzący, gdzie szukać, czego szukać i dlaczego dana informacja może być dla przeciwnika cenna. W Austrii mamy Egista Otta, byłego funkcjonariusza kontrwywiadu, skazanego w maju 2026 roku za działalność szpiegowską związaną z Rosją. Człowiek pracujący wcześniej w systemie, który miał właśnie przed takimi działaniami chronić państwo. Rosjanie znowu, jak na złość, nie poszli po przypadkowego idiotę z telefonem, tylko zainteresowali się kimś, kto znał procedury, ludzi, mechanizmy działania państwa i wiedział, jak zdobywa się informacje bez chodzenia po płocie z aparatem przewieszonym przez szyję. W Szwecji były człowiek związany z siłami zbrojnymi próbował przekazać Rosjanom chronione informacje i został za to skazany. W Norwegii zatrzymano pracownika ochrony ambasady Stanów Zjednoczonych w Oslo, który miał kontakty z przedstawicielami rosyjskich i irańskich służb. W Holandii zainteresowanie rosyjskich służb prowadziło w stronę zaawansowanych technologii półprzewodnikowych i byłego pracownika ASML oraz NXP. W Belgii pojawiły się sprawy dotyczące przekazywania tajemnic państwowych ludziom powiązanym z Rosją. Gdzie nie spojrzeć, przewija się ten sam schemat: wojsko, służby, technologie, dyplomacja, NATO, infrastruktura państwa i ludzie mający dostęp do rzeczy, których przeciwnik sam sobie z internetu nie ściągnie. Nawet Niemcy dostały właśnie własną lekcję pokory, kiedy 6 października zatrzymano Augusta Hanninga, byłego szefa BND, pod zarzutami dotyczącymi szpiegostwa i zdrady. Ta konkretna sprawa nie dotyczy Rosji i warto to powiedzieć jasno, żeby z faktów nie robić propagandowego bigosu. Sam fakt, że były szef jednego z najważniejszych europejskich wywiadów może znaleźć się w takim postępowaniu, powinien jednak dawać do myślenia każdej służbie na kontynencie. No i teraz wchodzimy do Polski, czyli państwa frontowego. Granica z Białorusią, obwód królewiecki za miedzą, hub logistyczny pomocy dla Ukrainy, wojska amerykańskie i sojusznicze, lotniska, porty, kolej, rurociągi, gazociągi, zakłady zbrojeniowe, centra szkoleniowe NATO oraz infrastruktura krytyczna, o której rosyjski oficer prowadzący powinien śnić częściej niż nastolatek o pierwszej dziewczynie. Gdyby układać listę państw, którymi rosyjski wywiad powinien być szczególnie zainteresowany, Polska raczej nie znalazłaby się między San Marino a Wyspami Owczymi. Oczywiście rosyjskie szpiegostwo w Polsce istnieje i nie mam zamiaru wciskać ludziom bajki, że ABW nikogo nie zatrzymuje. Byli ludzie fotografujący transporty, rozpoznający obiekty wojskowe, zbierający informacje, przygotowujący działania dywersyjne i wykonujący zadania zlecane przez Rosjan. Były grupy działające na rzecz rosyjskich służb i były realne sukcesy polskiego kontrwywiadu. Bardzo dobrze, że takich ludzi się łapie, ale mnie interesuje inna półka. Kiedy patrzę na Włochy, widzę byłych ludzi służb. Kiedy patrzę na Austrię, widzę człowieka kontrwywiadu. W Szwecji pojawia się człowiek związany z wojskiem, w Holandii strategiczne technologie, w Norwegii ambasada Stanów Zjednoczonych. A kiedy próbuję znaleźć w Polsce równie spektakularne przypadki penetracji wyższych poziomów instytucji państwa, ciągle wraca Tomasz L., pracownik archiwum warszawskiego USC, oskarżony o działalność dla rosyjskiego wywiadu cywilnego. Według prokuratury kopiował i fotografował dokumenty, które mogły być wykorzystane między innymi przy tworzeniu legend i fałszywych tożsamości dla rosyjskich nielegałów. I tutaj zaczyna mnie drapać pod czaszką jedno bardzo proste pytanie: gdzie jest górna półka? Naprawdę rosyjskie służby uznały, że w Polsce nie warto szukać źródeł w wojsku, służbach, ministerstwach, przemyśle obronnym, energetyce, telekomunikacji, spółkach strategicznych i otoczeniu ludzi podejmujących najważniejsze decyzje? Czy może Rosjanie szpiegują Austriaków, Włochów, Szwedów, Norwegów i Holendrów, a kiedy dochodzą do polskiej granicy, nagle odzyskują zasady moralne? Wyobrażam sobie tę odprawę gdzieś pod Moskwą. Iwan pokazuje palcem Polskę, Sasza marszczy brwi i mówi: „Nie, tutaj nie. To byłoby nieładnie”. I temat zamknięty. FSB zawraca, GRU odkłada teczki, SWR zwija anteny, a na Kremlu zapada decyzja, że Polska jest obszarem wolnym od szpiegostwa, bo komuś zrobiło się głupio. Piękna historia. Tylko średnio pasuje do rzeczywistości. Przez ostatnie trzydzieści kilka lat polskie służby specjalne były budowane, dzielone, łączone, likwidowane, reformowane i czyszczone kadrowo z częstotliwością, z jaką normalny człowiek zmienia opony. Najpierw był UOP, potem ABW i AW. W 2006 roku rozwiązano WSI, a w ich miejsce powstały SKW i SWW. Kolejne ekipy polityczne przekonywały, że dopiero teraz będzie profesjonalnie, nowocześnie, demokratycznie i skutecznie. W Polsce służby traktowano chwilami jak mieszkanie po teściowej: nowy właściciel wchodził i zanim jeszcze sprawdził, czy instalacja działa, już brał młotek do ręki, bo kafelki po poprzednikach drażniły go ideologicznie. Problem polega na tym, że kontrwywiad nie jest kuchnią z Ikei. Nie można co kilka lat wyjąć instrukcji, rozkręcić go na części, wymienić ludzi i uznać, że doświadczenie operacyjne, pamięć instytucjonalna, kontakty, rozpoznanie przeciwnika i znajomość jego metod odrosną w poniedziałek rano razem z nowymi wizytówkami. Rosjanie nie zaczynają przecież swojej pracy od zera tylko dlatego, że w Warszawie zmienił się minister, szef służby albo większość parlamentarna. Dlatego nie interesują mnie kolejne zapewnienia, że służby czuwają. Mam nadzieję, że czuwają, bo właśnie za to płaci im państwo. Interesują mnie wyniki odpowiadające skali rosyjskiego zainteresowania Polską. Kontrwywiadu nie mierzy się wyłącznie liczbą złapanych ludzi fotografujących transport kolejowy albo podpalających coś za kryptowaluty. Najważniejszy sprawdzian zaczyna się wtedy, kiedy przeciwnik próbuje wejść wyżej: do struktur państwa, wojska, służb, biznesu strategicznego, energetyki albo otoczenia ludzi podejmujących decyzje. Dobry agent nie chodzi przecież z czapką uszanką, nie mówi z rosyjskim akcentem i nie fotografuje płotu koszar aparatem z teleobiektywem. Dobry agent ma przepustkę, służbowy telefon, znajomych, dostęp do dokumentów i nikomu nie przychodzi do głowy sprawdzać mu torby przy wyjściu, bo wszyscy wiedzą, kim jest. I właśnie takich ludzi najtrudniej znaleźć, a ich strata najbardziej boli przeciwnika. Może więc takich ludzi w Polsce wykryto, tylko opinia publiczna nigdy się o tym nie dowiedziała. Tak też działa kontrwywiad i byłoby naiwnością oczekiwać, że każda udana operacja kończy się konferencją prasową i paskiem w telewizji. Jeżeli jednak takich przypadków rzeczywiście jest niewiele, pojawia się dużo mniej zabawna możliwość. Brak wykrytych kretów może bowiem oznaczać, że kretów nie ma, ale może też oznaczać, że są po prostu dobre. I właśnie na tym polega problem. Państwo frontowe nie może budować bezpieczeństwa na wierze, że przeciwnik akurat tutaj postanowił zachowywać się grzecznie. Rosyjskie służby od lat próbują penetrować europejskie wojsko, kontrwywiad, administrację, przemysł, technologie i infrastrukturę strategiczną. Nie ma racjonalnego powodu, żeby zakładać, że Polska – jeden z kluczowych krajów wschodniej flanki NATO – jest od tego zainteresowania wolna. Dlatego pytanie nie brzmi: „Czy Rosja nas szpieguje?”. To pytanie jest równie odkrywcze jak zastanawianie się, czy zimą może padać śnieg. Prawdziwe pytanie brzmi: jak głęboko Rosjanie próbowali wejść, ilu ludzi znaleźliśmy na dole, ilu na górze i ilu nadal spokojnie siedzi przy swoich biurkach? Bo jeśli rosyjski wywiad potrafi interesować się europejskimi kontrwywiadowcami, żołnierzami, technologiami strategicznymi, ambasadami i strukturami NATO, to trudno uwierzyć, że po przekroczeniu polskiej granicy nagle traci ambicje i zadowala się frajerem z telefonem. Chociaż zawsze pozostaje wersja najbardziej pocieszająca. Być może Polska jest jedynym państwem w Europie, którego Rosjanie nie muszą szpiegować. Może rzeczywiście nie lubią dzielić się tym, co uważają za swoje.
12
33
108
2,807
DZIENNIKARZ, EKSPERT, POLITYK. MYŚLĄ, ŻE GRAJĄ SWOJĄ GRĘ. JAK DLA MNIE NIEKTÓRZY OD DAWNA SĄ TYLKO NARZĘDZIAMI OBCYCH SŁUŻB. Najgorszy nie jest dziennikarz,, który się myli. Każdy może się pomylić. Najgorszy jest ten, który doskonale wie, co robi, komu jego materiał jest potrzebny i dlaczego właśnie dzisiaj „przypadkiem” dostał dokument, przeciek, nagranie albo gotową narrację. Bo między dziennikarstwem a polityczną prostytucją jest jedna zasadnicza różnica. Prostytutka bierze pieniądze i nie opowiada klientowi, że właśnie ratuje demokrację. Część medialnego świata potrafi natomiast przez lata żyć z politycznych kontaktów, dostępu do gabinetów, reklam, stanowisk, przecieków i popularności, a później stanąć przed kamerą z miną kapłana prawdy i tłumaczyć społeczeństwu, kto jest dobry, kto zły, kogo należy zniszczyć, a kogo właśnie trzeba wybielić. To już nie jest czwarta władza. To bywa podwykonawstwo. Mechanizm jest banalnie prosty. Ktoś potrzebuje publikacji. Ktoś inny ma dokument albo informację, do której zwykły dziennikarz nie powinien mieć dostępu. Materiał trafia do wybranej redakcji. Pojawia się tekst. Inne media zaczynają go cytować. Politycy komentują to, co kilka godzin wcześniej ich własne środowisko mogło pomóc wprowadzić do obiegu. Później przychodzi ekspert, robi poważną minę i mówi, że „opinia publiczna oczekuje odpowiedzi”. Kółeczko się zamyka. Gówno zostało wyprodukowane, zapakowane, opatrzone logo i sprzedane jako spontaniczne oburzenie społeczeństwa. To nie jest teoria. Przy likwidacji jednej z polskich służb dokładnie taki mechanizm został opisany: jeszcze przed oficjalną publikacją dokumentów w przychylnych władzy mediach pojawiały się przecieki, a informacje były dobierane w sposób pozwalający budować napięcie i polityczną narrację. Wśród redakcji, które jako pierwsze publikowały informacje związane z materiałami służb, pojawiały się między innymi „Gazeta Polska”, „Życie Warszawy”, „Wprost” oraz programy telewizji publicznej. Nie twierdzę, że dziennikarze sami ten mechanizm wymyślili. Nie wymyślili go również polscy politycy. Wzorców i nauczycieli trzeba szukać dużo wcześniej i dużo dalej na wschód. Sowieckie operacje wpływu przez dziesięciolecia opierały się właśnie na podobnej logice: nie zawsze trzeba kłamać. Czasem wystarczy prawdziwy dokument wyrwać z kontekstu, przekazać właściwej osobie, opublikować we właściwym momencie, następnie pozwolić innym go cytować i stworzyć wrażenie, że przekaz narodził się spontanicznie. Najlepsza operacja informacyjna to przecież nie taka, w której odbiorca widzi rękę autora. Najlepsza jest taka, w której dziennikarz uważa, że właśnie zrobił śledztwo, polityk udaje, że dowiedział się o sprawie z telewizji, ekspert komentuje „niezależne ustalenia mediów”, a społeczeństwo ma poczucie, że samo doszło do właściwego wniosku. Dziennikarze i politycy w Polsce raczej nie wymyślili tego od zera. Bywali narzędziami, czasami zapewne nawet nie zdając sobie z tego sprawy. A czasami może się domyślali. Tylko co z tego? Kasa nie śmierdzi. Dostęp do najważniejszych ludzi nie śmierdzi. Popularność nie śmierdzi. Ekskluzywny dokument, którego konkurencja nie ma, też jakoś dziwnie pachnie fiołkami. Bezpieczeństwo państwa? A tam, jebać. Ważne, że kliknie się wynik, pójdzie cytowanie, zaproszą do telewizji i przez trzy dni wszyscy będą mówić o naszej publikacji. Najbardziej niebezpieczne jest właśnie to, że do przeprowadzenia takiej operacji nie potrzeba armii świadomych agentów. Wystarczy kilku ludzi z ambicją większą od ostrożności, kilku polityków potrzebujących amunicji i kilka redakcji głodnych sensacji. Jeden daje dokument. Drugi go publikuje. Trzeci nadaje mu polityczny sens. Czwarty powtarza. Piąty zaprasza eksperta. Po dobie pierwotne źródło przestaje mieć znaczenie, ponieważ informacja zaczyna żyć własnym życiem. Materiały dotyczące komisji zajmującej się likwidowaną służbą pokazują również relacje pomiędzy ludźmi posiadającymi dostęp do wrażliwych informacji a prawicowymi publicystami oraz wskazują na mechanizm wypływania takich informacji do mediów. I tu właśnie zaczyna się prawdziwy problem państwa. Nie wtedy, kiedy dziennikarz napisze głupi artykuł. Głupich artykułów były miliony i będą następne. Problem zaczyna się wtedy, gdy media stają się elementem obiegu informacji, którego początek znajduje się w gabinecie polityka, archiwum, służbie albo instytucji państwowej, a koniec wygląda w telewizji jak spontaniczne dziennikarskie odkrycie. Dlatego przy takich publikacjach warto patrzeć nie tylko na sam artykuł, ale na kolejność zdarzeń. Kto opublikował pierwszy? Kto po kilku minutach podał materiał dalej? Kto natychmiast pojawił się z gotowym komentarzem? Skąd nagle wzięły się szczegóły, których źródło nie jest jawne? Kto politycznie skorzystał na publikacji? W jednej z analiz właśnie taki ciąg zdarzeń wskazano jako podstawowy sposób rozpoznawania rzeczywistego kanału informacyjnego. I wtedy dopiero zaczyna być ciekawie. Bo może się okazać, że polityk niczego publicznie nie zarzucił. On tylko „odniósł się do doniesień medialnych”. Media niczego nie dostały od polityka. One tylko „dotarły do dokumentów”. Ekspert niczego nie wie z gabinetów. On tylko „analizuje sytuację”. Każdy jest niewinny, każdy niezależny, każdy przypadkiem znalazł się dokładnie w odpowiednim miejscu i dokładnie o odpowiedniej godzinie. A świstak siedzi i zawija to wszystko w sreberka. Później zmienia się władza i role zaczynają się odwracać. Wczorajszy bandyta zostaje ekspertem, wczorajszy ekspert zostaje bandytą, a redakcja z absolutną powagą tłumaczy, że zawsze stała po stronie prawdy. Nie. Czasami stała po prostu tam, gdzie akurat były otwarte drzwi do gabinetu. Dlatego nie gardzę dziennikarzami. Dobre dziennikarstwo jest państwu potrzebne bardziej niż wielu polityków. Gardzę mechanizmem, w którym sprzedaje się niezależność, a później chowa za legitymacją prasową jak za moralnym immunitetem. Jeśli dostajesz przeciek, sprawdzaj go. Jeśli ktoś daje ci dokument, zapytaj przede wszystkim, dlaczego daje go właśnie tobie i właśnie dzisiaj. Jeśli materiał politycznie niszczy jedną stronę, sprawdź, kto na tym korzysta. To jest dziennikarstwo. Jeżeli tego nie robisz, bo materiał jest za dobry, bo będą kliki, cytowania, telewizja, kasa i popularność, to możesz sobie nadal mówić, że patrzysz władzy na ręce. Być może właśnie jesz jej z ręki. I dlatego taki proceder jest dla państwa groźniejszy niż zwykła prostytucja. Tam sprzedaje się własne ciało. Tutaj można sprzedać cudze nazwisko, reputację, prywatność, bezpieczeństwo, a czasem również interes państwa. Potem wystarczy poprawić krawat, spojrzeć w kamerę i powiedzieć, że wszystko zrobiono w imię prawa obywatela do informacji. Kasa nie śmierdzi. Popularność nie śmierdzi. Polityczne wpływy też podobno nie. Bezpieczeństwo państwa? A tam jebać bezpieczeństwo... Dlaczego nie podaję nazwisk, skoro je znam? Bo nazwiska to już nie komentarz. To kolejny etap. Na razie wystarczy, że zainteresowani wiedzą, o kim pisze. A wiedzą. Reszta przyjdzie w swoim czasie. 😉
4
61
159
2,295
PREZYDENT MA BROŃ, KONIA I JEST W JEDNYM PROCENCIE. TYLKO KONKRETÓW BRAK Prezydent Nawrocki oznajmił, że około „1 procent Polaków ma dostęp do broni i potrafi się nią posługiwać”, po czym z satysfakcją dorzucił, że sam „szczęśliwie jest w tym jednym procencie”. I kurwa do dzisiaj nie wiem, chwalił się, czy żalił? Sam jestem też w tym procencie, a żeby było zabawniej, na szkole oficerskiej przez dwa lata jeździłem konno, a później też mi się zdarzało. Bo aż prosi się o drugą część zdania: „Jestem w jednym procencie… i nie zawaham się tego użyć”. Tylko po ostatnich wiadomościach z prezydenckiego zaplecza pojawia się drobny problem natury strategicznej. Nie wiadomo, czy prezydent miał na myśli broń, czy konia. Informacja, że głowa państwa ma pozwolenie na broń, jest mniej więcej tak przełomowa jak wiadomość, że posiada prawo jazdy. Fajnie. Gratuluję. Chociaż uczciwie trzeba przyznać, że w najbliższym otoczeniu politycznym nawet prawo jazdy może uchodzić za kompetencję elitarną. Kaczyński od lat otwarcie mówi, że go nie ma, Cenckiewicz też prawa jazdy nie posiadał. Może więc prezydent nie tyle chwalił się bronią, ile chciał subtelnie zaznaczyć, kto w tym towarzystwie ma w ogóle uprawnienia do kierowania. Z samochodem na chwilę obecną, bo z państwem to jeszcze zobaczymy. A skoro już robimy przegląd osobistych kompetencji głowy państwa, szkoda, że prezydent nie pochwalił się od razu jazdą konną. Tym bardziej że Centrum Obsługi KPRP potwierdziło, iż dysponuje trzema końmi: Ramzesem, Aramisem i Edziem, a według medialnych ustaleń wierzchowce są do dyspozycji prezydenta i jego rodziny. Pełnego rachunku Kancelaria nie podała, natomiast analiza jawnych wydatków wskazywała około 54 tysięcy złotych wydanych od lipca na opiekę nad zwierzętami i paszę. I tutaj zaczynam podejrzewać, że niesłusznie nabijamy się z Pałacu. Może tam po prostu powstaje doktryna obronna, której jeszcze nie jesteśmy intelektualnie gotowi zrozumieć. Prezydent ma broń. Koń jest, a nawet dwa i pół, bo trzeci to kucyk. Brakuje szabli. Ułanów w Polsce znajdziemy. Ba internetowych to mam od chuja! Jeszcze kilka miesięcy i zamiast nowelizacji ustawy o broni i amunicji, zobaczymy dekret o formowaniu „1. Prezydenckiego Pułku Ułanów imienia Jednego Procenta Wyklętego”. A nawet ma to pewne zalety. Koń nie potrzebuje GPS, jest odporny na zakłócanie sygnału, nie trzeba aktualizować mu oprogramowania, a przy odpowiednim żywieniu ma lepszy zasięg niż niejeden dron po zakupie przez administrację publiczną. Śmieszne? Trochę. Tylko że po odłożeniu konia, szabli i ułanów zostaje cholernie poważne pytanie. Bo śmiechem, żartem Prezydent rzeczywiście wskazał ważny problem. Jeżeli uważa, że Polska jest na końcu Europy pod względem dostępu do broni i że około jeden procent obywateli ma do niej dostęp oraz umie się nią posługiwać, to ja naprawdę chcę wiedzieć, co głowa państwa zamierza z tą diagnozą zrobić. Sam prezydent mówił o rozpoczęciu „publicznej dyskusji o odpowiedzialnym dostępie do broni”. Bo „rozpocznijmy dyskusję” może powiedzieć facet przy grillu po trzecim piwie. Prezydent RP ma trochę większe możliwości. Posiada Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, Kancelarię, prawników, generałów, ekspertów, doradców, konstytucyjną inicjatywę ustawodawczą i możliwość zwołania Rady Bezpieczeństwa Narodowego, a oni tam wszyscy za 5 groszy nie grzeją dupy. To nie jest grupa dyskusyjna na Facebooku ani X, choć czasem mam wrażenie, że są tam częściej niż ja i połowa internautów. Więc pytam: Czy chce Pan zmienić ustawę o broni i amunicji? Czy chce Pan uprościć system pozwoleń? Czy chce Pan zlikwidować część urzędniczej sraczki z „ważnymi przyczynami”? Czy chce Pan zmienić zasady wydawania pozwolenia do ochrony osobistej? Czy badania wykonane dla wojska, Policji czy innych służb mają być honorowane w jednym systemie? Czy chce Pan jednej licencji obywatelskiej? Czy chce Pan uprościć procedury dla rezerwistów? Czy chce Pan więcej szkoleń i strzelnic? Czy promesy, rejestrację i część papierologii wreszcie da się przenieść do XXI wieku? Co konkretnie chce Pan zrobić? Bo dzisiejszy system ma chwilami logikę Monty Pythona. Chcesz broń do ochrony osobistej? Musisz wykazać „stałe, realne i ponadprzeciętne zagrożenie”. Czyli najlepiej przyjdź do WPA razem z facetem, który chce cię zajebać. Niech stanie przy okienku, pokaże dowód osobisty i podpisze oświadczenie: „Tak, potwierdzam. Zamierzam zrobić temu panu krzywdę”. Urzędnik przybije pieczątkę. Wreszcie dokumentacja będzie kompletna. Tymczasem możesz być zdrowy, niekarany, przejść badania, zdać egzamin, posiadać legalnie broń sportową albo kolekcjonerską i państwo uznaje, że jednak nie jesteś psychopatą biegającym po ulicy z pistoletem. Czyli problemem nie zawsze jest człowiek. Czasami problemem jest szufladka, do której człowieka włożyła administracja. I żeby było jasne: nie jestem za rozdawaniem Glocków razem z dowodem osobistym i kartą biblioteczną. Broń oznacza odpowiedzialność. Badania — tak. Niekaralność — tak. Egzamin — tak. Praktyczne szkolenie — tak. Bezpieczne przechowywanie — tak. Łazisz z bronią po alkoholu — wypadasz + kara. Udostępniasz broń idiocie — wypadasz + kara. Nie potrafisz przestrzegać zasad — wypadasz. Ale sprawdzajmy człowieka, a nie jego zdolność do zdobywania pieczątek. I dlatego wracam do prezydenta. Bo na razie głowa państwa powiedziała nam właściwie trzy rzeczy: 1. Polska ma problem, 2. Tylko jeden procent ma dostęp do broni. 3. Prezydent jest w tym jednym procencie. No zajebiście, tylko mnie najbardziej interesuje punkt czwarty: Co dalej? PiS po wystąpieniu prezydenta zapowiedziało konsultacje dotyczące barier w dostępie do broni, szkoleń i odpowiedzialności posiadaczy. To już przynajmniej są pytania kierunkowe. Nadal jednak czym innym są partyjne konsultacje, a czym innym konkretny projekt głowy państwa, która sama temat wrzuciła do debaty publicznej. Dlatego, Panie Prezydencie, skoro powiedział Pan A, to proszę powiedzieć B. Bo naprawdę nie muszę wiedzieć, że należy Pan do jednego procenta. Nie muszę wiedzieć, że umie Pan strzelać. Nie muszę nawet wiedzieć, że umie Pan jeździć konno. Choć przyznaję, połączenie tych dwóch ostatnich umiejętności zaczyna wyglądać obiecująco. Broń jest. Koń jest. Szablę się dokupi. Ułanów zbierzemy. Tylko zanim zabrzmi trąbka i Pierwszy Prezydencki Pułk ruszy galopem spod Pałacu, dobrze byłoby wiedzieć jedno: „Dokąd, kurwa, jedziemy?” Bo jeśli „nie zawaha się Pan użyć”, to obywatel naprawdę powinien wiedzieć, czy pistoletu, inicjatywy ustawodawczej czy Ramzesa?
7
47
209
5,311
DRONY JUŻ ZMIENIŁY WOJNĘ. TERAZ NIECH WRESZCIE ZMIENIĄ POLSKĘ. Wojna w Ukrainie brutalnie pokazała, czym naprawdę jest dron. Nie zabawką z kamerą, nie gadżetem dla youtubera, tylko oczami, rozpoznaniem, transportem, bronią i narzędziem, które potrafi zmienić sposób prowadzenia wojny. Drony odrzutowe latają już przy naszej granicy, a Polska jak zwykle odkrywa przyszłość kilka lat po tym, jak przyszłość zdążyła się urządzić. Latam dronami od prawie dziesięciu lat, dlatego trochę mnie śmieszy, kiedy słyszę dzisiaj polityka opowiadającego z powagą o „dronizacji Polski”. Jeszcze niedawno dla części z nich dron był czymś pomiędzy zabawką a latającym aparatem, a teraz nagle wszyscy zostali prorokami bezzałogowej rewolucji. Nie mam nic przeciwko nawróceniu. Tylko dobrze byłoby, żeby po kazaniu wreszcie zaczęła się robota. Bo dronizacja nie polega na tym, że kupimy kilka tysięcy maszyn, zrobimy zdjęcie ministrowi, odpalimy program, powołamy radę, a na końcu ogłosimy sukces. Dronizacja zaczyna się wtedy, kiedy zwykły człowiek wykonujący swoją robotę dostaje drona tak samo naturalnie, jak dziś dostaje telefon, radiostację, samochód albo latarkę. Patrol kolejowy jedzie sprawdzić podejrzane miejsce przy torach? Dron powinien leżeć w samochodzie. Nie trzeba ściągać specjalistycznej ekipy z drugiego końca województwa. Patrol podnosi maszynę, ogląda torowisko, nasyp, przepust, pobliski las i miejsca, do których człowiek szedłby pół godziny. Jeżeli ktoś ruszał ziemię, zostawił przedmiot, uszkodził ogrodzenie albo stoi samochód tam, gdzie stać nie powinien, operator ma to zobaczyć od razu. Strażak jedzie do pożaru? Termowizja nad miejscem zdarzenia powinna być czymś normalnym. Policjant szuka zaginionego dziecka albo starszego człowieka? Dron nie może być atrakcją uruchamianą po kilku godzinach, kiedy wcześniej pół wsi chodziło po krzakach. Energetyk sprawdza linię, geodeta teren, leśnik pożar, inspektor gazociąg, ratownik miejsce katastrofy? Dron powinien być kolejnym narzędziem w ich rękach. I tu dochodzimy do rzeczy, której kompletnie nie rozumiem w całej tej opowieści o „zawodach przyszłości”. Ciągle słyszymy, że sztuczna inteligencja, automaty i drony zabiorą ludziom pracę. Gówno prawda. Część zawodów zniknie, część się zmieni, powstaną nowe. Tak było zawsze. Był dorożkarz, pojawił się taksówkarz. Był telegrafista, dziś mamy ludzi od sieci, systemów radiowych i transmisji danych. Był zecer, teraz tekst składa się cyfrowo. Geodeta nie zniknął dlatego, że dostał GPS, skaner i drona. Rolnik nie przestał być rolnikiem, kiedy ciągnik dostał elektronikę. Zawód nie musi zniknąć. Może dostać nowe narzędzie. Człowiek pilnujący torów dalej pilnuje torów, tylko ma lepsze oczy. Strażak dalej gasi pożar, tylko nie musi wchodzić w dym na ślepo. Inspektor nadal odpowiada za gazociąg, ale zamiast godzinami szukać miejsca awarii, może dostać obraz tego, co dzieje się kilka kilometrów dalej. Ratownik nadal ratuje człowieka, ale dron może wcześniej dowieźć AED, lek albo sprzęt. I właśnie tak powinno się myśleć o przyszłości. Nie potrzebujemy stu tysięcy ludzi, których jedynym zawodem będzie „operator drona”. Potrzebujemy ludzi różnych zawodów, którzy oprócz swojej wiedzy potrafią również z drona korzystać. Bo człowiek od kolei wie, czego szukać przy torach. Strażak rozumie obraz termiczny pożaru. Energetyk wie, jak wygląda problem z linią. Rolnik zna swoje pole. Geodeta wie, jaki pomiar jest potrzebny. Dron nie zastępuje ich wiedzy. On ją wzmacnia. Tymczasem my zaczynamy od dupy strony. Robimy kursy. Kurs podstawowy, zaawansowany, specjalistyczny, VLOS, BVLOS, papier jeden, papier drugi, szkolenie takie, srakie i owakie. Oczywiście część z tego jest potrzebna, bo przestrzeń powietrzna to nie plac zabaw i sam nie chcę, żeby każdy kretyn latał gdzie mu się podoba. Tylko po kursie człowiek powinien jeszcze mieć gdzie pracować. Nie wierzycie? Wpiszcie sobie w wyszukiwarkę: „operator drona praca”. Później wpiszcie: „kurs operatora drona”. I zobaczcie różnicę. Chętnych, żeby zrobić wam papiery za pieniądze, znajdziecie od cholery. Z ofertami, w których ktoś naprawdę mówi: „mamy dla ciebie robotę, przyjdź i wykorzystuj te umiejętności”, jest już znacznie skromniej. I tu właśnie leży problem. Samo szkolenie ludzi nie stworzy rynku. Możemy wyprodukować dziesiątki tysięcy operatorów, zrobić im zdjęcia z certyfikatami, pogratulować „zawodu przyszłości”, a później zostawić ich z papierem w ręku, goła dupą pustym portfelem i pytaniem, gdzie do cholery mają z tym iść. Rynek powstanie dopiero wtedy, kiedy drony naprawdę wejdą do kolei, energetyki, gazownictwa, straży, policji, ratownictwa, rolnictwa, budownictwa, geodezji, wodociągów i ochrony infrastruktury. I wtedy nagle okaże się, że pracy jest od cholery. Nie dlatego, że stworzyliśmy nową klasę zawodową pod nazwą „droniarz”, tylko dlatego, że tysiące fachowców dostało do ręki nowe narzędzie. I jeszcze jedno. Dron nie musi latać. Może jechać, pływać, nurkować, wjechać do tunelu po pożarze, sprawdzić dno zbiornika, konstrukcję mostu, port albo miejsce skażenia. Może wejść tam, gdzie wysyłanie człowieka jest niebezpieczne, drogie albo zwyczajnie głupie. Od tego nie uciekniemy. Chyba że cywilizacja naprawdę pierdolnie na ryj. Wtedy wrócą konie, lampy naftowe, gołębie pocztowe i może nawet dorożkarze. Ale dopóki to nie nastąpi, nie potrzebujemy kolejnego Instytutu Narodowej Dronizacji, Rady Przyszłości Bezzałogowej ani Akademii Strategicznego Rozwoju Śmigiełka. Takich bytów mamy już po kokardę. U nas każdą dobrą ideę można skutecznie zabić, powołując zespół, dyrektora, sekretariat, robiąc logo, konferencję i uroczyste otwarcie. A później wszyscy biją pianę, tylko gówno się zmienia. Potrzebujemy wdrożeń. Drona w samochodzie patrolowym. Drona u strażaka. Drona przy ekipie energetycznej. Drona tam, gdzie może oszczędzić człowiekowi czas, pieniądze, zdrowie albo życie. Wojna w Ukrainie pokazała nam, co bezzałogowiec potrafi zrobić człowiekowi. Najwyższy czas pokazać, co potrafi zrobić dla człowieka. I wtedy dopiero będziemy mogli mówić o prawdziwej dronizacji Polski, a nie o kolejnej konferencji, na której pięciu ludzi bez drona tłumaczy sześciu innym ludziom, jak wygląda przyszłość.
3
51
161
3,769