Mieli „oddzielić mundur od polityki”. Tymczasem pojawiają się poważne pytania, czy setki milionów złotych przeznaczonych na obronność nie są wykorzystywane do budowania politycznych „pomników” w regionach ważnych dla liderów koalicji.
„Wprost” opisuje dwa wielkie projekty wojskowej medycyny: reaktywowaną Wojskową Akademię Medyczną w Łodzi, której koszt szacowano na ok. 500 mln zł, oraz rozbudowę szpitala wojskowego w Krakowie i plan utworzenia tam Małopolskiego Wojskowego Instytutu Medycznego. Do krakowskiej placówki w latach 2024–2026 ma trafić łącznie ponad 670 mln zł z różnych źródeł.
Problem polega na tym, że za tymi ogromnymi wydatkami wciąż trudno dostrzec jedną, spójną koncepcję wojskowej służby zdrowia.
Powstało Dowództwo Wojsk Medycznych, ale samo MON zakłada, że jego formowanie potrwa jeszcze 2–3 lata. Jednocześnie rozwijany jest WIM w Warszawie, reaktywowana WAM w Łodzi, a w Krakowie planowany jest kolejny instytut. Co więcej, MON chce utworzyć krakowski instytut specjalną ustawą, choć sam szpital przyznaje, że nie przechodził ewaluacji działalności naukowej wymaganej w standardowej ścieżce uzyskania statusu PIB.
A gdzie w tym wszystkim jest najważniejsze pytanie: jak wojskowa służba zdrowia ma zabezpieczyć żołnierza na polu walki, zapewnić ewakuację medyczną, odpowiednią liczbę lekarzy i ratowników oraz funkcjonowanie całego systemu w czasie wojny?
Bezpieczeństwa Polski nie buduje się przecinaniem kolejnych wstęg. Potrzebujemy spójnego systemu dowodzenia, zabezpieczenia medycznego i modernizacji armii, w którym każda złotówka służy przede wszystkim zwiększeniu zdolności Wojska Polskiego.
Zwłaszcza że coraz większą rolę w finansowaniu planów MON ma odgrywać zadłużenie, w tym szkodliwy unijny instrument SAFE. To tym bardziej wymaga jasnej odpowiedzi: jaki jest docelowy model Sił Zbrojnych i wojskowej służby zdrowia oraz ile będzie kosztował?