PrzewodzikKsiążkowy (minirecenzja)
Józef Hen „Nik nie woła”, Kraków 2013.
Już się do tego kiedyś przyznawałem, ale nigdy wcześniej nie czytałem żadnej powieści Józefa Hena – do tej pory udało mi przeczytać jedynie dzieło… jego syna Macieja, którego „Solfatara” bardzo mi się podobała. Jak to u mnie na nadarzyła się okazja, bo z okazji PowojennyTydzień omawiałem film na podstawie właśnie tej powieści Hena seniora, uznałem zatem, że to najlepszy moment, aby sięgnąć po pierwowzór literacki.
I było to ze wszechmiar ciekawe doświadczenie, bo gdybym nie wiedział, że film Kutza (o którym więcej w załączeniu) jest na podstawie „Nikt nie woła” to byłoby mi ciężko się domyślić, choć imiona postaci są takie same. Tu trzeba też uściślić, że choć powieść była ukończona już w 1957 roku, to wydano ją dopiero w 1990 roku – 33 lata po napisaniu, więc tak naprawdę korzystano przy tworzeniu filmu z manuskryptu.
Wszystko oczywiście ze względu na peerelowską cenzurą, z tego też powodu akcja obrazu Kutza musiała zostać przeniesiona z azjatyckiej części ZSRS (dokładnie spod Taszkientu w Uzbekistanie) czasu wojny na powojenne Ziemie Zachodnie. A to zmienia naprawdę dużo, choć sama forma powieści jest bardzo filmowa.
Utwór stoi bowiem bardzo mocno dialogami, na początku nawet przeszkadzało mi, że wskakujemy w jej akcję jakby nagle, bez wstępu i wprowadzenia w sytuację. To się oczywiście później klaruje w dużej mierze, ale do końca jest wiele spraw, któ®ych trzeba się domyślać i je przeczuwać. Główny bohaterem, podobnie jak w filmie, jest siedemnastoletni Bogdan Bergen, zwany Bożkiem, pochodzący z warszawskiego Nowolipia (jak sam autor), który we wrześniu 1939 roku ucieka przed Niemcami na wschód.
Po tułaczce trafia do batalionu pracy pod Taszkientem, gdzie styka się z głodem, okrucieństwem, chorobami i skrajną nędzą. Próbuje dostać się do armii generała Andersa, ale zostaje odrzucony ze względu na żydowskie pochodzenie. Później ląduje w Samarkandzie przy szkole pedagogicznej. Ta część nosi tytuł „Boso”, druga zaś „W butach” i tam mamy, znaną z filmu historię miłosną Bożka i Leny.
Jak wspomniałem powieść niesiona jest dialogami, komentarza narracyjnego jest naprawdę mało, więc rzecz całą czyta się bardzo dobrze i szybko, co jest także zadługą bardzo ładnego stylu Hena. Dialogi są nie tylko wiarygodne, ale też maja w sobie spore pokłady zarówno emocji jak i interakcji między bohaterami. Jest w nich jakaś prawda o ludziach, którzy znaleźli się w takim miejscy z bardzo różnych powodów. Jest tu głównie codzienna harówka i mitręga, ale zdarzają się momenty, kiedy postacie oceniają rzeczywistość – to także jest całkiem zajmujące.
„Nikt nie woła” to swego rodzaju bildungsroman, bo mamy tu wchodzenie w dorosłość młodego człowieka, w dodatku w bardzo specyficznych warunkach. Bożek poznaje życie, proszę wybaczyć dosadność, ale ono jest tu trochę nieodzowna, od dupy strony – przemocy, nędzy, głodu. W tym wszystkim musi się odnaleźć i rozpoznać swoje miejsce, a jego wybory nie zawsze są szlachetne.
Sporo tu dostosowywania się do rzeczywistości i okoliczności i choć Bożek kilka razy robi małe świństewka, to zawsze zostaje mu na tyle przyzwoitości, żeby nie robić tych większych. Hen podkreślał, że wszystkie wydarzenia w powieści są prawdziwe, a ja nie ma powodów, aby mu nie wierzyć.
Powieść jest zatem interesująca i dobrze napisana, choć zabrakło mi lepszego opisania świata, w którym musi poruszać się główny bohater. Zamiast tego dostałem pełnokrwiste dialogi i sporo ciekawej historii i szkoda w sumie, że film Kutza nie mógł zekranizować oryginalnej opowieści. Ocena: 7/10
PrzewodzikFilmowy (minirecenzja)
CzwartkiZPolskimKinem
PowojennyTydzień
„Nikt nie woła”, reż. Kazimierz Kutz (1960). Od razu muszę się przyznać, że to mój pierwszy raz z tym filmem, bo jakoś trochę „bałem” się oglądać do tej pory te dwa pierwsze obrazy reżysera – miałem jakieś dziwne przekonanie, że to strasznie propagandowe filmidła, choć to niezbyt racjonalne podejście biorąc pod uwagę jego późniejszą twórczość. Debiutanckiego „Krzyża walecznych” wciąż nie oglądałem, ale udało się ten drugi.
I trzeba przyznać, że młody Kutz na początku swojej kariery był trochę odważny – w „Nikt nie woła” widać, że postanowił zrobić film po swojemu i co tu dużo gadać, wyżyć się artystycznie. Bo tak naprawdę film ten jest idealnym przykładem obrazu, w którym jest jednak przerost formy nad treścią. Sam Kutz twierdził wszak, że jest to obrazy „antynarracyjny” i nie interesuje go anegdota. Mnie interesuje, ale nie gardzę też formalnymi rozwiązaniami i tu trzeba otwarcie powiedzieć, że choć widać tu mocne wpływy kina francuskiego, to jednak jest to film własny i osobny. Wtedy w Polsce niewielu tak potrafiło, szczególnie w wieku 33 lat.
Jest to film „antynarracyjny”, ale oczywiście nie pozbawiony opowieści, choć ta jest przyczynkowa i prosta – oto jesteśmy tuż po wojnie, a główny bohater Bogdan, młody chłopak, nie wykonuje wyroku na komuniście i ucieka na Ziemie Zachodnie licząc, że tam zniknie w tłumie przesiedleńców. Sytuacja jakby koresponduje z „Popiołem i diamentem” Wajdy, ale w odwrócony sposób – Bożek (bo tak jest później nazywany) wybiera „życie”, wybiera spokój i jednak dostosowanie się do nowej rzeczywistości.
A ta rzeczywistość w filmie przedstawiona jest nie tyle alegorycznie, co raczej szczątkowo – rządów komunistów właściwie tu nie ma, jest za to powolna, dość nudna codzienność, w którą Bożkowi trochę trudno się dopasować. Wszystko zmienia, choć jeden z dwóch kluczowych momentów historii, spotkanie Lucyny – wiadomo, na początku niepewność i nieśmiałość (choć nie, to złe słowo – to jest raczej pewien rodzaj uważności na drugiego człowieka, ale bez strachu), ale wiadomo, że to będzie romans.
Drugim ważnym punktem jest napotkanie na ulicy w tej sennej mieścinie, która ożywia się tylko podczas targu i wizyty cyrkowców, dawnego kolegi, co oczywiście zwiastuje problemy. I tyle – to właściwie wszystko, ale i dla reżysera i dla widza ważne jest to, co pomiędzy, to, co w szczelinach i prześwitach – tam zaglądamy i temu się przyglądamy.
I ma to dobre, ale także gorsze strony. Dobre, bo w ten sposób ten formalny zamysł reżysera rzeczywiście się sprawdza i zamiast klasycznej opowieści mamy pewne okruchy, migawki, spojrzenia, niuanse, co buduje ciekawą aurę wokół bohaterów, ale jednak nie ich nie buduje i nie daje satysfakcji ze śledzenia ich losów.
Owszem, są momenty naprawdę dobre – celne zdania, ładnie zdjęte gesty, ciekawe obrazki obyczajowe, ale jako całość to jest trochę oglądanie wystawy sklepowej przez nieco zamgloną szybę – mało tu jednak widać i nie chodzi oczywiście technicznie o ostrość obrazu, ale wizję twórcy. To jest to gorsze w tym filmie, bo jest sporo momentów, gdzie można było tę nie-opowieść podać strawniej, mniej sztucznie i w mniej wystudiowany sposób.
Te ostatnie określenia to chyba mój największy zarzut wobec „Nikt nie woła” - tu wszystko jest zbyt odmierzone, zbyt ustawione, aktorzy momentami są niemal kukłami, które musza stać w odpowiednim miejscu i wygłaszać momentami wręcz mechanicznie swoje kwestie. To jest jakoś tam intrygujące, ale nie w nadmiarze. Na szczęście te chwile są też przełamywane i to dobrze robi temu obrazowi.
Wspomniałem o tym, że aktorzy to trochę „kukły”, bo tak bywa, ale to nie znaczy, że to jest źle zagrane – nie, to po prostu taka koncepcja. Wręcz przeciwnie tu kilka występów zdecydowanie się wyróżnia, a gra Zofii Marcinkowskiej długimi fragmentami jest znakomita. Przyznaję, że nie znałem tej aktorki, potem oczywiście sprawdziłem jej biogram i nie ma się co dziwić – zagrała raptem w trzech, mniej znanych filmach, a potem tragiczna historia i samobójstwo, które przerwało tak pięknie zapowiadającą się karierę. Tu jest niemal zjawiskowa, a na pewno zapadająco mocno w pamięci.
Film zatem jest takim trochę młodzieńczym wyskokiem zbuntowanego, młodego twórcy, który chyba z pożytkiem dla wszystkich, później już nie eksperymentował aż tak mocno. „Nikt nie woła” ja bym właśnie oceniał w takiej kategorii – małego eksperymentu i niezbyt wysoko jako jednak rodzaj wprawki, ale jedna sprawa znacznie podnosi jego notę – niesamowite, ale powtórzę to dla pewności – zupełnie niesamowite zdjęcia Jerzego Wójcika!
Co tu się odwala wizualnie, to jest po prostu poezja i czysta sztuka, a plastyczność tego obrazu jest wręcz niewiarygodna. Naprawdę, myślałem, że widziałem już wszystkie najpiękniejsze polskie filmy, ale okazuje się, że nie i ten wskakuje do ścisłej czołówki pod tym względem bezapelacyjnie. Cudo! Stąd też, moja ocena podwyższona o stopień i daję: 6,5/10