Kwalifikowane nadprzewodzictwo po meandrach: bibliografia i filmografia. Dziki notes - opisy, napisy, przypisy, wypisy. Sus scrofa varsoviensis in silva rerum

Warszawa, Polska
PrzewodzikKsiążkowy (wypisy) ZCyfrowegoLamusa Sporo teraz wszędzie o "Lalce" to ja mam taki obrazek obyczajowy, który jakoś nawiązuje do motywu studenckiego z powieści Prusa. I ciekawy przyczynek do rosyjskiego myślenia o Polakach (lub tego jak my myślimy, że oni myślą...): Zenon Seweryn Sierpiński był młody pisarz niewielkich zdolności, ale pracowity, dla charakteru swojego i poczciwości bardzo przez rówieśników i kolegów lubiony. Miał przeprowadzić się podobno z Krakowskiego Przedmieścia na ulicę Świętojańską. I przyjaciele postanowili przenieść go oszczędzając mu kosztu - a może i przez młodzieńczą swawolę. ( ... ) Przeprowadzają go zatem: dwóch niosło łóżko, jeden fajki, dwóch suknie jego na jakichś noszach, dwóch kuferek, dwóch książki, jeden szczotki i jeden miednicę. Podobno, że kilku z nich włożyło fraki i jasne rękawiczki. Cały ten pochód ciągnął z powagą przez plac Zamkowy. Paskiewicz stał właśnie w oknie, widzi tę dziwną procesją i poseła adiutanta z zapytaniem, co by to znaczyło. Adiutant wraca i opowiada ze śmiechem, że to literaci przeprowadzają kolegę swojego na nowe mieszkanie. Namiestnik w pierwszej chwili chciał ich kazać aresztować, ale wyperswadowali mu, więc tylko ruszył ramionami i wyrzekł: - Biedna literatura polska, skoro takich ma reprezentantów. Paulina Wilkońska "Moje wspomnienia o życiu towarzyskim w Warszawie", Warszawa 1907
1
1
25
1,732
Wpisy u mnie ostatnio rzadkie i takie sobie, ale przyczyną nie tylko brak weny i ogólny marazm oraz spleen jesienny, ale także porządki i migracja - po prawie 20 latach żegnam się z OneNote i przechodzę na inną aplikację do notatek. I wierzcie mi, że przeniesienie i uporządkowanie ponad 12 tys. tekstów różnego rodzaju to nie jest sprawa łatwa i szybka, szczególnie, że program Microsoftu robił się z roku na rok coraz gorszy, a bałagan tylko rósł. Po wielu, naprawdę wielu testach i próbach kilkunastu aplikacji, wybrałem w końcu zastępcę i na razie jestem bardzo zadowolony - Joplin radzi sobie wyśmienicie z tak dużą bazą tekstową, posiada wiele fajnych opcji i działa niezwykle szybko, sprawnie i jest darmowy. Mam nadzieję, że tak już pozostanie, a za chwilkę wrócę do normalnej działalności na X.
13
1
143
7,158
PrzewodzikMuzyczny Ja bym nawet wybrał te dziewięć moich ulubionych płyt czy też takich, które miały na mnie największy wpływ, ale ta stronka ich nie znajduje, więc nie będzie ładnego obrazka...
8
27
4,795
PrzewodzikFilmowy (NajlepszeSzoty) PrzewodzikKsiążkowy (wypisy) Dziś 75 urodziny obchodzi Adam Ferency znany z wielu ról filmowych, a ja szczególnie lubię te z początków jego kariery. Jak choćby postać Wojtka Kiełzy, który idzie na śmierć za swoją działalność antycarską. Tak o tej roli mówił sam aktor: "Byłam dzieckiem, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam cię na ekranie, w filmie Gorączka, w roli Wojtka Kiełzy skazanego za działalność antycarską na karę śmierci. To, jak zagrałeś reakcję na żandarmów, którzy przyszli do celi wyprowadzić Kiełzę na wykonanie wyroku, wstrząsnęło mną jak nic nigdy potem. Do dziś mam tę scenę przed oczami. Grając ją, wymyśliłem sobie, że będę jadł i kiedy patrol przyjdzie, powiem — ja jem. Nic więcej. Następne słowa mówię pod szubienicą, przed wytrąceniem mi stołka spod nóg. Wojtek Kiełza wypluwa resztki jedzenia i krzyczy: „Niech żyje Polska!”. Ten krzyk przez wypluwane jedzenie miał osłabić sentymentalno-patosową wymowę sceny. Patriotyzm z cebulą w tle. Patosu nie było, ale był taki dramatyzm, że przepłakałam wtedy cały wieczór. Mam poczucie, że grając tę scenę, byłem blisko Wojtka — chłopca zmiażdżonego przez rzeczywistość, której nawet nie był w stanie pojąć. Zawsze bliscy mi byli ludzie, którzy trafiali w tryby machiny historii daleko wykraczającej poza ich możliwość rozumienia, a jednocześnie mający w sobie pewien instynkt, który nimi kieruje. Po ponad trzydziestu latach od zagrania w tym filmie mogę powiedzieć, że bardzo się przyłożyłem do roli Wojtka i w jakiś sposób się z nim rymowałem. Rozumiałeś go? W jego myśleniu było coś z mojego ówczesnego myślenia. Pracując nad tą rolą, nie miałem zielonego pojęcia, co zobaczę na ekranie, nie mówiąc już o tym, co ten film będzie znaczył dla poszczególnych osób. Nie sposób było sobie wyobrazić, że kiedyś przyjdzie do kina dziecko, które zapamięta tę scenę na długie lata. Nie jestem w stanie o czymś takim myśleć, bo bym oszalał. Nawet o Wojtku rozmyślałem bardzo ostrożnie, bo z moją skłonnością do zamyśleń ta rola poszłaby w nieodpowiednim kierunku. Dlatego Wojtek je chleb i cebulę, a chwilę potem ginie najwspanialszą śmiercią polskiego patrioty". "Gorączka", reż. Agnieszka Holland (1980)
#PrzewodzikFilmowy (minirecenzja) #CzwartkiZPolskimKinem „Dziecinne pytanie”, reż. Janusz Zaorski (1981). Reżyser „Piłkarskiego pokera” swój najlepszy czas miał chyba właśnie podczas dekady, która zaczęła się w połowie lat 70. – zaczęło się kontrowersyjnym „Awansem”, potem był omawiany już przeze mnie bardzo ciekawy „Pokój z widokiem na morzem” (zob. zał.) i wreszcie ważne filmy w pierwszej połowie lat 80. „Matka Królów”, „Baryton” i „Jezioro Bodeńskie”. Ja najsłabiej pamiętałem z kolei „Dziecinne pytania” z 1981 roku i dlatego ten film sobie powtórzyłem po latach. Obraz opowiada historię młodego architekta, Misia (dobra rola Adama Ferencego), który trafia do aresztu, gdzie wspomina swoje dotychczasowe życie oraz zmagania o zachowanie siebie i próbę bycia uczciwym w okropnych czasach, w których przyszło mu wchodzić w dojrzałe życie. Zresztą samo zatrzymanie Misia można uznać za kuriozalne – oto bowiem wyrzucony z pracy młody architekt założył na siebie tablicę, na której napisał, że szuka pracy. I tak wyszedł „na miasto”, a za „demonstracyjność” i „sianie zamieszania” szybko zgarnęła go milicja i Miś trafił do celi z filozofującym badylarzem. To jednak tylko wstęp do całkiem poważnego rozliczenia się twórców filmów z PRL-elem i komunizmem epoki schyłkowego Gierka. Retrospekcja przenosi nas kilka lat wstecz, kiedy to Miś wraz z kolegami wygrywają konkurs na zaprojektowanie osiedla w jednym z polskich miast. Początkowy entuzjazm młodych szybko gaśnie gdy wszystkie najważniejsze udogodnienia i elementy projektu spadają z planu, a na budowie stale brakuje materiałów, panuje bałagan, a czarę goryczy przelewa wizyta kacyków z województwa, którzy chcą się pijarowo ogrzać przy „wielkiej inwestycji”. W tle mamy też relacje w tym młodym zespole architektonicznym, z trójkątem miłosnym między Misiem, Sylwią i Kazikiem. Choć akurat ta obyczajówka, która pojawia się co jakiś czas, to według mnie akurat najsłabsze fragmenty filmu, choć to nie znaczy, że nie maja pewnej wartości. Mamy także pewne zaszłości z przeszłości, a dokładnie wspólne protesty w 1968 roku – co ma pewne znaczenie dla fabuły. Dla osi dramaturgicznej jednak dużo ważniejszą jest właśnie sprawa zachowania siebie, pewnej odwagi cywilnej i uczciwości – tu najbardziej radykalny jest Misiek, który nie wytrzymuje stosunków w pracy i ze zwolnionym brygadzistą (znakomita rola Krzysztofa Zaleskiego) próbuje odnaleźć się jako robotnik w fabryce samochodów. Wszystko to jednak na marne i ostatecznie widzimy go jak chodzi po ulicach z tablicą, na której napisał, że szuka pracy. Trzeba powiedzieć, że biorąc pod uwagę, że film miał premierę miesiąc przed stanem wojennym to jest dziełem niezwykle odważnym, a momentami nawet bezkompromisowym. Zresztą może właśnie czas, w którym powstał pomógł w tej śmiałości – mamy tu bowiem właściwie otartą krytykę nie tylko polityki państwa, ale także relacji społecznych, stosunku władzy do obywateli, a ta budowa na której młodzi architekci zderzają się z walcem niedasizmu, bylejakości, brakoróbstwa i złego zarządzania jest tak naprawdę alegorią Polski Ludowej. Film według mnie najlepszy jest w tych momentach gdy stara się przyglądać wszechobecnym wówczas układom i układzikom, kombinatorstwu i szarości ówczesnej rzeczywistości. A wnioski są niezwykle smutne, co doskonale wykłada mocno stojący na nogach i zdrowo myślący brygadzista Romek – on dobrze wie, że to wszystko jest po to aby upodlić ludzi, aby ich złamać i zapędzić do kieratu beznadziei. Bo tu nie ma nadziei – w tamtym kraju nic nie dało się wybudować ani stworzyć. Taki obraz wyłania się z tej historii, a dopełnieniem jest uleganie kolejnych postaci systemowi. Tu ciekawym przykładem jest Bogdan, który wraz z rodziną uciekł w Bieszczady, ale jak się okazuje zrobił to ze strachu i wstydu, bo nie mógł znieść, że po aresztowania w Marcu 68 zaczął donosić na kolegów. „Dziecinne pytania” kojarzą się z naiwnością i rzeczywiście w filmie są momenty, które można tak określić, są też chwile lekkiej pretensjonalności (choć pewnie to tak wygląda z perspektywy czasu) oraz przeintelektualizowania pewnych kwestii, ale to bez wątpienia jeden z ciekawszych filmów kina moralnego niepokoju, a tak naprawdę jego łabędzi śpiew, bo po 1981 roku nie miało ono już możliwości rozwijać się w takiej formie jak dotychczas. Za odwagę, autentyzm i ważne, choć tak naprawdę wcale nie dziecinne pytania – ocena: 7/10
3
46
3,170
Powyższy cytat z książki: Maja Jaszewska & Adam Ferency "Nie i tak. Adam Ferency w rozmowie z Mają Jaszewską", Gliwice 2017
1
3
870
PrzewodzikKsiążkowy (wypisy) Tego dnia w 1936 roku urodził się Václav Havel „Biografia Havla mogłaby posłużyć za kanwę dramatu. Byłaby to – podobnie jak większość jego sztuk teatralnych – opowieść o „Władzy pozbawionych władzy”. A także pełna zaskakujących zwrotów akcji historia upadku z wyżyn społecznych i ponownego wdarcia się na szczyt. W jego wypadku określenie „pochodzenie burżuazyjne” nie było propagandową inwektywą, lecz stwierdzeniem faktu. Dziadek ze strony ojca był wybitnym praskim budowniczym, mecenasem sztuki i teozofem. Ojciec matki, „człowiek dziewięciorga rzemiosł”, odnosił sukcesy w każdej dziedzinie, której poświęcił wystarczająco wiele zachodu – był między innymi naukowcem i wynalazcą, korespondentem wojennym na Bałkanach, oficerem austro-węgierskiej floty, konspiratorem związanym z niepodległościową Maffią, czechosłowackim dyplomatą i dyrektorem imperium obuwniczego Bati. Jeśli prawdziwa jest słynna anegdota o dwóch wysłannikach króla obuwia eksplorujących rynek afrykański, to ich depesze trafiły właśnie na biurko dziadka Václava Havla. Był on także literatem, a jedna z jego książek stała się źródłem inspiracji dla autorów popularnej komedii, zrealizowanej w 1932 roku w studiach filmowych na Barrandovie. Właścicielem wytwórni był stryj Havla, słynny bon vivant i homoseksualista, król praskiej bohemy, po którym Václav przejął upodobanie do całonocnych pijatyk i mercedesów. Przeciwieństwo stryja stanowił ojciec Havla, stateczny biznesmen i wpływowy mason, będący w komitywie z prominentnymi politykami wszystkich rodzimych partii, począwszy od narodowych demokratów, z którymi sympatyzował, a skończywszy na komunistach, którzy wynajmowali od niego na zjazdy największą praską salę w Pałacu Lucerna. Komuniści ostatecznie zabrali mu nie tylko ten supernowoczesny na owe czasy obiekt, siedzibę największego kompleksu gastronomiczno-rozrywkowego na wschód od Łaby, lecz także ekskluzywne osiedle willowe, wiejską posiadłość na Morawach i kamienicę w centrum Pragi. Zagarnęli cały majątek rodziców i dziadków Havla, ale nie zdołali odebrać mu największego dziedzictwa, jakim był wyniesiony z domu rodzinnego kapitał kulturowy. Zarówno ojcu, jak i matce, wykształconej za granicą poliglotce i utalentowanej malarce, Václav Havel zawdzięczał nieprawdopodobny dar nawiązywania i utrzymywania znajomości (niemal połowę spośród pierwszych dwustu czterdziestu dwóch sygnatariuszy Karty 77 – pisarzy, intelektualistów, ludzi wolnych zawodów, dawnych działaczy partyjnych i muzyków rockowych – stanowili jego przyjaciele i znajomi). Poczucie wyobcowania, którego doświadczył we wczesnym dzieciństwie i które po latach interpretował jako skutek nieuzasadnionych przywilejów „pańskiego synka” korzystającego z wysokiej pozycji społecznej rodziców, z czasem stało się źródłem jego siły i swoistej charyzmy – to inni zabiegali o jego względy, on zaś przywykł traktować zainteresowanie swoją osobą (także ze strony kobiet) jako coś naturalnego. Pasjonował się sztuką, filozofią, naukami społecznymi – i polityką – przez całe życie świadomie wybierał środowiska, w których mógł w pełni wykorzystać swoje największe atuty: inteligencję, erudycję, dar myślenia analitycznego, uzdolnienia artystyczne, absurdalne poczucie humoru, a także – last but not least – znakomite maniery i urok osobisty. Niemal za każdym razem, gdy zaangażował się w działalność jakiejś formalnej bądź nieformalnej grupy ludzi – zespołu teatralnego, redakcji pisma, środowiska pisarzy czy wreszcie obrońców praw obywatelskich – prędzej czy później (ale raczej prędzej niż później) stawał na ich czele. Dominował, lecz na ogół nikt – albo prawie nikt – nie miał poczucia, że jest to jego celem. Sprawiał wrażenie, jakby wcale mu na tym nie zależało, jakby działo się to wbrew jego woli; jak gdyby fakt, że zawsze znajduje się w centrum wydarzeń, był kwestią przypadku, którego on jest tylko narzędziem. W całym dojrzałym życiu Havla tylko raz zdarzyło się, by jakieś środowisko oparło się jego charyzmie i zmusiło go do odejścia. Na ogół to ci, którzy nie godzili się z jego subtelną dominacją, przestawali być członkami grupy. Jego kariera przypomina rozchodzące się kręgi na wodzie: z każdą kolejną rolą, jakiej się podejmował – lidera środowiska uczniowskiego, niezależnego poety, dramaturga, działacza Związku Pisarzy, cenionego publicysty, dysydenta czy obrońcy praw człowieka, a wreszcie trybuna rewolucji i polityka światowego formatu – rosła liczba jego zagorzałych zwolenników, bezkrytycznych chwalców, a nierzadko fanatycznych wyznawców. Przez całe życie otaczali go ludzie, którzy widzieli w nim osobę predestynowaną do odegrania przywódczej roli – co ważne, liczba tych osób systematycznie się powiększała. Pytanie, czy Havel zdawał sobie z tego sprawę i czy umiał to wykorzystać, jest retoryczne. Nikt nie staje na czele dziesięcio­milionowego narodu wbrew własnej woli”. Aleksander Kaczorowski „Havel. Zemsta bezsilnych”, Wołowiec 2014
2
32
1,727
PrzewodzikKsiążkowy (wypisy, rekomendacja) ZCyfrowegoLamusa Chłody idą trzeba zrobić taki porządny, homeopatyczny bulionik. A dla mnie pocieszające jest to, że już w XIX wieku wyśmiewano te głupotki. Wycinek z Julian Tuwim "Cicer cum Caule, czyli groch z kapustą. Panopticum i archiwum kultury" Warszawa 1958
#PseudonaukowyTydzień To Wy tu sobie głosujcie, a ja idę napić się homeopatycznego piwa. Pychota!
2
1
14
1,487
PrzewodzikFilmowy Najwcześniejsza znana scena w filmie fabularnym, w której widać jedzenie pizzy to właśnie ten obrazek poniżej - ujęcia pochodzą z włoskiej komedii "San Giovanni decollato" (Święty Jan Ścięty) w reżyserii Amleto Palermiego z 1940 roku. W scenie tej widać jak pizzaiolo wyciąga pizzę z pieca, a kelner przynosi ją do głównego bohatera Totò i jego współbiesiadników - to także instrukcja jak należy, według neapolitańskich wzorców oczywiście, jeść placek. Zanim Totò będzie mógł jej spróbować – co się zresztą nigdy nie wydarzy – kroi ją na trójkątne kawałki i podaje dwóm gościom, którzy chwytają je za brzegi i składają wzdłuż na pół, tak by od zewnątrz widać było spód pizzy i by farsz pozostawał w środku. Zatem kroimy na kawałki, ale tylko po to, by jeść rękami ;-)
PrzewodzikKsiążkowy (wypisy) Skoro wszyscy mówią od wczoraj o pewnej mrożonej pizzy to u mnie jak zwykle odpowiedni cytat: "Jednocześnie zbliżała się druga rewolucja: oto powstała pizza mrożona. Nie wiadomo dokładnie, kiedy po raz pierwszy zastosowano technologię mrożenia placka ciasta z dodatkami ani kto to zrobił. Najprawdopodobniej pierwsze eksperymenty miały miejsce pod koniec lat czterdziestych, gotowy produkt trafił zaś na rynek w połowie stulecia, być może dzięki braciom Celentanom, często wskazywanym jako wynalazcy mrożonej pizzy. Z początku pizza taka nie trafiała bezpośrednio do domowych kuchni, ponieważ mało która rodzina miała zamrażalnik, za to dzięki dystrybucji dotarła tam, gdzie nie było jeszcze pizzerii. Małe supermarkety, sklepy, kioski i bary mogły zacząć serwować klientom po prostu odgrzane w piecu mrożone placki. Powstał w ten sposób dobry grunt dla rozwoju tego smacznego, pożywnego, nieco egzotycznego i – nareszcie – prostego w przygotowaniu dania, odpowiadającego na potrzeby zwiększającej się liczby niewyspecjalizowanych robotników, którzy pojawili się wskutek wzrostu uprzemysłowienia i wejścia kobiet na rynek pracy w konsekwencji zapotrzebowania, jakie pojawiło się podczas wojny". (...) Pizza narodziła się oraz rozwinęła w Neapolu i aż do końca XIX wieku w zasadzie nie opuściła murów miasta. Była lokalną specjalnością, ukochaną przez niektórych, a znienawidzoną przez wielu, zwłaszcza obcokrajowców. Z pewnością można ją było uznać za uniwersalną, ale to samo dotyczy wielu innych dań przygotowywanych z ciasta chlebowego. Jako taka mogłaby występować jedynie na niewielkim terytorium, być może udając się na pojedyncze wycieczki poza region czy za granicę, a dzisiaj znalibyśmy ją tak, jak znamy piadinę, albo – w najlepszym przypadku – tacos. Ona jednak odniosła sukces nieporównywalny z osiągnięciami żadnego innego dania, zdobyła sławę na całym świecie i nie bez powodu uznaje się ją za przysmak najbardziej rozpowszechniony na całym globie. Głównymi jej konsumentami są dzisiaj Amerykanie, którzy zjadają rocznie 13 kilogramów pizzy na osobę, podczas gdy Włosi zajmują pierwsze miejsce w klasyfikacji europejskiej z 7,6 kilograma na osobę; dalej plasują się Hiszpanie, Francuzi i Niemcy. Obrót generowany przez pizzę we Włoszech wynosi około 15 miliardów euro rocznie, co przekłada się mniej więcej na 8 milionów zjedzonych pizz. Najważniejsza rozgrywka toczy się jednak na rynku światowym, gdzie prognozuje się wzrost obrotu mniej więcej o 10 procent w kolejnych latach. Wyliczyliśmy już niektóre przyczyny rozprzestrzeniania się pizzy, takie jak wzrost populacji w miastach, a tym samym większe spożycie fast foodu i street foodu, które napędzały rozwój tego dania od początku jego istnienia w Neapolu. Inne czynniki to generalny wzrost zasobności portfela i znaczny postęp techniczny i infrastrukturalny, który ułatwił produkcję pizzy. Najciekawsze jest jednak to, że jej globalna ekspansja zdaje się nie do zatrzymania. Ściśle wiąże się to z wymogami współczesnych rynków, do których pizza – dzięki swojej niezwykłej wszechstronności – dostosowuje się w sposób wprost wzorcowy. Pierwszy istotny czynnik to składniki: wprowadzenie ekologicznych mąk i dobór wysokiej jakości produktów, za które część klienteli gotowa jest zapłacić więcej. Ponadto mamy zmienne związane z nowymi technologiami, takie jak szybkie rozpowszechnianie się platform oferujących dostawę jedzenia do domu, dzięki którym coraz łatwiej i wygodniej jest zamówić pizzę, a także popularność mediów społecznościowych, w których pizza występuje jako królowa food porn. Według badań przeprowadzonych w 2021 roku przez portal Pixsy, który przeanalizował instagramowe hasztagi zawierające nazwy ponad trzystu popularnych na całym świecie dań regionalnych, pizza znajduje się na pierwszym miejscu z wynikiem ponad dwukrotnie wyższym niż zajmujące drugie miejsce sushi; na następnych pozycjach znalazły się pasta, taco i ramen. Taki sam wniosek wypływa z badań zamieszczonych na stronie Exante, w których wzięto pod uwagę liczbę filmików na TikToku, postów na Instagramie i wyszukiwań w przeglądarkach: tu na drugim miejscu znów znajdziemy sushi, na trzecim zaś – curry. Inny element przyczyniający się do takiego wzrostu to otwarcie na nowe rynki, zwłaszcza chiński i indyjski, na których dzięki połączeniu wysokiego popytu i rozwoju internetu poziom konsumpcji może przekroczyć wynik obecnego lidera na rynku światowym, czyli USA. Jak dotąd najsilniejsza ekspansja widoczna jest w Europie, zwłaszcza w państwach skandynawskich takich jak Norwegia i Szwecja, gdzie nie przestaje rosnąć popyt na mrożoną pizzę. Dość zerknąć na menu sztokholmskich restauracji, by dostrzec, że oprócz klasycznej margherity czy pizzy z pieczarkami albo szynką znajdują się tam warianty bardzo odległe od naszych wyobrażeń, takie jak Bussola – z szynką i krewetkami; albo hawajska – klasyk z szynką i ananasem, który w pewnych wersjach wzbogacony zostaje bananem i curry; albo wreszcie Opera – z szynką i tuńczykiem (czasem też z cebulą). Nie brakuje również pizz inspirowanych kuchnią Meksyku – z mielonym mięsem, papryką i chili; orientalnych – z kebabem; czy afrykańskich – z bananami, curry, orzeszkami i kurczakiem albo szynką. Ich rozwój i kulinarne znaczenie w państwach północnej Europy znajduje sojusznika w wynalazku pizzy mrożonej, jak słynna Grandiosa, którą Norwegowie uznają niemal za danie narodowe". Luca Cesari "Historia pizzy. Od Neapolu do Hollywood", Łódź 2026
5
6
125
8,520
PrzewodzikKsiążkowy (wypisy) Skoro wszyscy mówią od wczoraj o pewnej mrożonej pizzy to u mnie jak zwykle odpowiedni cytat: "Jednocześnie zbliżała się druga rewolucja: oto powstała pizza mrożona. Nie wiadomo dokładnie, kiedy po raz pierwszy zastosowano technologię mrożenia placka ciasta z dodatkami ani kto to zrobił. Najprawdopodobniej pierwsze eksperymenty miały miejsce pod koniec lat czterdziestych, gotowy produkt trafił zaś na rynek w połowie stulecia, być może dzięki braciom Celentanom, często wskazywanym jako wynalazcy mrożonej pizzy. Z początku pizza taka nie trafiała bezpośrednio do domowych kuchni, ponieważ mało która rodzina miała zamrażalnik, za to dzięki dystrybucji dotarła tam, gdzie nie było jeszcze pizzerii. Małe supermarkety, sklepy, kioski i bary mogły zacząć serwować klientom po prostu odgrzane w piecu mrożone placki. Powstał w ten sposób dobry grunt dla rozwoju tego smacznego, pożywnego, nieco egzotycznego i – nareszcie – prostego w przygotowaniu dania, odpowiadającego na potrzeby zwiększającej się liczby niewyspecjalizowanych robotników, którzy pojawili się wskutek wzrostu uprzemysłowienia i wejścia kobiet na rynek pracy w konsekwencji zapotrzebowania, jakie pojawiło się podczas wojny". (...) Pizza narodziła się oraz rozwinęła w Neapolu i aż do końca XIX wieku w zasadzie nie opuściła murów miasta. Była lokalną specjalnością, ukochaną przez niektórych, a znienawidzoną przez wielu, zwłaszcza obcokrajowców. Z pewnością można ją było uznać za uniwersalną, ale to samo dotyczy wielu innych dań przygotowywanych z ciasta chlebowego. Jako taka mogłaby występować jedynie na niewielkim terytorium, być może udając się na pojedyncze wycieczki poza region czy za granicę, a dzisiaj znalibyśmy ją tak, jak znamy piadinę, albo – w najlepszym przypadku – tacos. Ona jednak odniosła sukces nieporównywalny z osiągnięciami żadnego innego dania, zdobyła sławę na całym świecie i nie bez powodu uznaje się ją za przysmak najbardziej rozpowszechniony na całym globie. Głównymi jej konsumentami są dzisiaj Amerykanie, którzy zjadają rocznie 13 kilogramów pizzy na osobę, podczas gdy Włosi zajmują pierwsze miejsce w klasyfikacji europejskiej z 7,6 kilograma na osobę; dalej plasują się Hiszpanie, Francuzi i Niemcy. Obrót generowany przez pizzę we Włoszech wynosi około 15 miliardów euro rocznie, co przekłada się mniej więcej na 8 milionów zjedzonych pizz. Najważniejsza rozgrywka toczy się jednak na rynku światowym, gdzie prognozuje się wzrost obrotu mniej więcej o 10 procent w kolejnych latach. Wyliczyliśmy już niektóre przyczyny rozprzestrzeniania się pizzy, takie jak wzrost populacji w miastach, a tym samym większe spożycie fast foodu i street foodu, które napędzały rozwój tego dania od początku jego istnienia w Neapolu. Inne czynniki to generalny wzrost zasobności portfela i znaczny postęp techniczny i infrastrukturalny, który ułatwił produkcję pizzy. Najciekawsze jest jednak to, że jej globalna ekspansja zdaje się nie do zatrzymania. Ściśle wiąże się to z wymogami współczesnych rynków, do których pizza – dzięki swojej niezwykłej wszechstronności – dostosowuje się w sposób wprost wzorcowy. Pierwszy istotny czynnik to składniki: wprowadzenie ekologicznych mąk i dobór wysokiej jakości produktów, za które część klienteli gotowa jest zapłacić więcej. Ponadto mamy zmienne związane z nowymi technologiami, takie jak szybkie rozpowszechnianie się platform oferujących dostawę jedzenia do domu, dzięki którym coraz łatwiej i wygodniej jest zamówić pizzę, a także popularność mediów społecznościowych, w których pizza występuje jako królowa food porn. Według badań przeprowadzonych w 2021 roku przez portal Pixsy, który przeanalizował instagramowe hasztagi zawierające nazwy ponad trzystu popularnych na całym świecie dań regionalnych, pizza znajduje się na pierwszym miejscu z wynikiem ponad dwukrotnie wyższym niż zajmujące drugie miejsce sushi; na następnych pozycjach znalazły się pasta, taco i ramen. Taki sam wniosek wypływa z badań zamieszczonych na stronie Exante, w których wzięto pod uwagę liczbę filmików na TikToku, postów na Instagramie i wyszukiwań w przeglądarkach: tu na drugim miejscu znów znajdziemy sushi, na trzecim zaś – curry. Inny element przyczyniający się do takiego wzrostu to otwarcie na nowe rynki, zwłaszcza chiński i indyjski, na których dzięki połączeniu wysokiego popytu i rozwoju internetu poziom konsumpcji może przekroczyć wynik obecnego lidera na rynku światowym, czyli USA. Jak dotąd najsilniejsza ekspansja widoczna jest w Europie, zwłaszcza w państwach skandynawskich takich jak Norwegia i Szwecja, gdzie nie przestaje rosnąć popyt na mrożoną pizzę. Dość zerknąć na menu sztokholmskich restauracji, by dostrzec, że oprócz klasycznej margherity czy pizzy z pieczarkami albo szynką znajdują się tam warianty bardzo odległe od naszych wyobrażeń, takie jak Bussola – z szynką i krewetkami; albo hawajska – klasyk z szynką i ananasem, który w pewnych wersjach wzbogacony zostaje bananem i curry; albo wreszcie Opera – z szynką i tuńczykiem (czasem też z cebulą). Nie brakuje również pizz inspirowanych kuchnią Meksyku – z mielonym mięsem, papryką i chili; orientalnych – z kebabem; czy afrykańskich – z bananami, curry, orzeszkami i kurczakiem albo szynką. Ich rozwój i kulinarne znaczenie w państwach północnej Europy znajduje sojusznika w wynalazku pizzy mrożonej, jak słynna Grandiosa, którą Norwegowie uznają niemal za danie narodowe". Luca Cesari "Historia pizzy. Od Neapolu do Hollywood", Łódź 2026
1
18
9,502
Podobno na X była ostatnio jakaś polsko-koreańsko-ukraińska burza i okazało się, że między Polską i Koreą jest odwieczna przyjaźń - przypominam zatem, że jednym z pierwszych moich tygodni tematycznych był Koreański Tydzień i między innymi takie wpisy ⬇️
#KoreańskiTydzień #PrzewodzikHistoryczny #PrzewodzikKsiążkowy A jednak, pierwszym Koreańczykiem na ziemiach polskich nie był książę Yeong, a czterech członków delegacji dynastii Choson, którzy przybyli do Rosji na koronację cara Mikołaja II. Z tej okazji odwiedzili też kilka (1)
2
32
2,235
PrzewodzikFilmowy CytatDnia „Wielu reżyserów zapomina, że nasza praca w filmie zaczyna się od ludzkiej twarzy. […] A zatem aktor filmowy jest naszym najcenniejszym instrumentem i kamera jedynie rejestruje reakcje tego instrumentu. […] Aby uzyskać możliwie największą siłę ekspresji aktora, ruchy kamery muszą być proste, naturalne i całkowicie zsynchronizowane z akcją. […] Prostota, koncentracja, całkowite opanowanie rzemiosła, techniczna perfekcja winny stanowić filary każdej sceny i sekwencji”. Ingmar Bergman Ta piękna kompilacja ujęć z filmów szwedzkiego reżysera pochodzi z kanału FilmoteCanet Cinema na Youtube.
1
30
2,342
Wracać czy nie wracać?
64
2
146
10,092
PrzewodzikKsiążkowy (wypisy) „4 czerwca 1992 roku Polska oczywiście nie jest jeszcze ani w NATO, ani w Unii Europejskiej i z trudem wygrzebuje się z komunizmu. No, naprawdę przednia zabawa Korwin-Mikkego, Macierewicza i Kaczyńskiego. Prawica twierdziła, że Wałęsa odwołał rząd Olszewskiego, broniąc się przed demaskacją, a demokraci z kolei twierdzili, że uratował Polskę przed katastrofą. Broniłem Lecha, jak umiałem. Uważałem ataki na niego za niegodziwe. Kiedyś na pierwszej stronie napisałem wstępniak, że nazywanie Lecha „Bolkiem” to tak, jakby zarzucać Willy’emu Brandtowi, że był agentem Gestapo. Jan Nowak-Jeziorański, osoba spoza sporu, pisał w tym czasie do Jerzego Giedroycia: Powróciłem z Polski [do Waszyngtonu – przyp. J.K.] w stanie skrajnego przygnębienia. (...) Macierewicz wyobrażał sobie, że równoczesne skompromitowanie za pomocą teczek Wałęsy i Wiesława Chrzanowskiego doprowadzi do bezkrólewia i pozwoli Olszewskiemu ogłosić się prezydentem. Była to gra ludzi kompletnie nieodpowiedzialnych. (...) Rozpacz ogarnia na myśl, że wszystko, czemu poświęciliśmy większość naszego życia, jest obecnie niszczone rękami samych Polaków. Nowak powtarzał, że największym wrogiem Polski są sami Polacy. Te zarzuty, że Lechu coś podpisał i że to jest „Bolek”, wydawały mi się absurdalne od samego początku. Oczywiście mówiło się o tym już w czasie pierwszej „Solidarności”. Bezpieka kolportowała kompromaty, żeby skłócić kierownictwo związku. Jak się okazało – skutecznie. Oczywiście był ten epizod, ale nigdy nie uważałem go za jakkolwiek ważny. Lech, młody robotnik, przestraszony i pod pałami się pogubił, podpisał współpracę w grudniu 1970 roku. Krew lała się wtedy na ulicach Gdańska. Sam zerwał z SB na początku 1976, a więc jeszcze przed czerwcem, jak zaczął współpracować z Wolnymi Związkami Zawodowymi. Andrzej Wajda w filmie Wałęsa wszystko to uczciwie i sugestywnie pokazał. Tymczasem Andrzej Gwiazda już w 1980 roku chodził po korytarzach MKZ-etu i mówił, że Wałęsa to ubek. I w zasadzie nigdy nie przestał. Uważałem to za jakąś zapiekłą złość Andrzeja. Taką zajadłość, która prowadzi do zaślepienia. Oczywiście miałem wiele zastrzeżeń do Wałęsy, o czym zresztą mówiłem i pisałem. Ale gdzieś jest granica, której się nie przekracza. Andrzej Gwiazda przekroczył. Ja go lubiłem i tak jak on krytykowałem autorytarny sposób zarządzania związkiem przez Lecha. Ale stan wojenny te wszystkie podziały powinien unieważnić. Powinien, ale nie unieważnił. Gdy wyszliśmy z więzienia, to miałem z Gwiazdą długą rozmowę. Powiedziałem: „Andrzej, my się w wielu sprawach zgadzamy. Różnica jest taka, że ja chcę dopieprzyć czerwonemu, a ty chcesz dopieprzyć Wałęsie. I tu między nami zgody nie ma. Wybrałeś drogę donikąd. Wałęsa dzisiaj – mówię, a był to rok 1984 – jest jak latarnia morska dla solidarnościowej Polski”. Akurat wtedy wyświetlali w kinach film o Mahatmie Gandhim. „W tym momencie – mówię – wojna z Wałęsą to jest tak jak wojna z Gandhim przed odzyskaniem niepodległości przez Indie. Chcesz czy nie chcesz, nie możesz działać przeciwko tej Polsce. Tego nikt nie zrozumie po prostu. Trzeba lojalnie uznać przywództwo Wałęsy i robić swoje”. „Nie, nie, to jest zdrajca...”. Nie przekonałem go. Może Andrzej Gwiazda uważał, że to on powinien być Wałęsą? Ja się nawet z tym zgodzę! Więcej: uważam, że Jacek Kuroń powinien być Wałęsą. I co z tego? Jednak Jacek rozumiał świat, w którym żyje. Tak zostały rozdane karty. Gdyby go nie aresztowano w 1980 roku, on by pojechał do stoczni i byłby doradcą Lecha, zostałby numerem jeden przy Wałęsie. Ale los sprawił inaczej. Gdy chodzi o sprawę, nie jest ważne, kto jest ładniejszy. Czy to historia stworzyła Wałęsę, czy to Wałęsa stworzył historię? I jedno, i drugie. Wiemy jeszcze od Marksa, że człowiek tworzy historię w warunkach, jakie są mu dane. W tym znaczeniu takie same warunki miało wielu ludzi, ale Lech był tylko jeden. On z jednej strony jest produktem tych warunków, a z drugiej je współtworzył. Gdyby się przestraszył i nie przeskoczył płotu w 1980 roku, gdyby zwinął strajk wcześniej, gdyby pękł w Arłamowie... i tak dalej, to by nie było tego Wałęsy, jakiego znamy. Lechu wiele mnie nauczył. Choćby tego, co znaczy plebejski spryt w polityce. I że bez takiego sprytu trudno jest w Polsce wygrywać. Kwaśniewski paradoksalnie też taki spryt miał, trochę inny, ale miał. W polityce trzeba umieć uprawiać intrygi i rozumieć intrygi. Lechu je uprawiał i rozumiał bardzo dobrze. I nauczył mnie jeszcze, że pycha kroczy przed upadkiem. Taka fala, jaka wyniosła Lecha, nie wyniosła nikogo z Polaków w historii, może z wyjątkiem Wojtyły. Mało kto przeżyłby podobne wyniesienie bez zawrotu głowy i upadek z takiej wysokości”. Jarosław Kurski „Adam, syn Ozjasza. Adam Michnik w rozmowie z Jarosławem Kurskim”, Warszawa 2026
13
5
48
14,852
PrzewodzikKsiążkowy (wypisy) Dziś jest Światowy Dzień Turystyki, a ponieważ miałego kiedyś u siebie TurystycznyTydzień, to przypominam moją recenzję wspaniałe książki o dawnym podróżowaniu Antoniego Mączaka w załączeniu, a tu propozycja nieco inne lektury – to także autopropozycja, bo pracy jeszcze w całości nie czytałem: „W eseju zatytułowanym „Od podróżnika do turysty. Utracona sztuka podróży” (From traveler to tourist: the lost art of travel) Daniel Boorstin opisał stopniowy upadek „sztuki podróżowania”. Bezpowrotnie utracone zostało – zdaniem Boorstina – to, co wpisywało się w podróże renesansowych odkrywców, to, co kryło się w arystokratycznych oświeceniowych Grand Tour, to, co zawierało się jeszcze w podróżach ery industrialnej – a mianowicie pewien szczególny rodzaj kontaktu z otoczeniem. Książka Boorstina The Image, zawierająca ów esej, stanowi krytyczny przewodnik po sztucznie wyprodukowanych „pseudowydarzeniach”, po atrakcjach, które „dostarczają przemyślnych, wydumanych i pośrednich doznań, są sztucznym tworem, z którego należy skorzystać w tym a nie innym miejscu, gdyż prawdziwa rzecz jako taka jest efemeryczna”. Boorstinowski turysta pochodzi z klasy średniej i chętnie korzysta z wszelkich dostępnych mu udogodnień. Autor osądza go surowo: to typ leniwy i łatwowierny; zamiast poznawać rzeczywistość, zadowala się jej podróbkami, atrakcjami, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością: Istnieją sposoby, pozwalające podróżnym oglądać miejscową ludność, a jednocześnie nie wchodzić z nią w kontakt. Tubylców utrzymuje się w stanie kwarantanny, podczas gdy turyści w klimatyzowanych warunkach patrzą na nich przez okna. Tubylcy są kulturowymi mirażami, jawiącymi się powszechnie w turystycznych oazach. Turystyka to układ zamknięty – dowodzi Boorstin; to samonapędzający się mechanizm iluzji, a turyści nie są bynajmniej zainteresowani wyjściem poza te iluzje – kwestia autentyczności po prostu ich nie interesuje. Dean MacCannell, autor książki Turysta. Nowa teoria klasy próżniaczej, twierdzi coś wręcz przeciwnego: autentyczność to niezbywalny warunek udanego doświadczenia turystycznego. Siłę napędową współczesnych podróży stanowi pragnienie dotarcia do rzeczywistości w jej niezapośredniczonej (autentycznej) postaci. Ludziom nowoczesnym zdaje się, że autentyczność i realność leżą gdzieś indziej: w innych epokach historycznych czy innych kulturach, w życiu prostszym i czystszym niż ich własne. Innymi słowy, uwaga, jaką człowiek nowoczesny poświęca „naturalności”, jego tęsknota za autentycznością i jej uparte poszukiwanie nie są przypadkiem ani przejawem dekadencji; niegroźnym dodatkiem do pamiątek po zniszczonych kulturach i minionych epokach. Wynikają one z poczucia alienacji, jakie rodzi się w łonie społeczeństwa nowoczesnego: Człowiek nowoczesny traci związki z warsztatem pracy, z okolicą, miastem, rodziną, które niegdyś określał jako „swoje własne”; jednocześnie coraz bardziej zaczyna interesować się „prawdziwym życiem” innych. Tu właśnie mają swoje źródło turystyczne rytuały nowoczesności: Sądy Boorstina i MacCannella mają charakter bardzo ogólny. Nie biorą pod uwagę motywacji i oczekiwań, leżących u podstaw poszczególnych podróży; nie uwzględniają też faktu, że różne są biografie i światopoglądy turystów, wskutek czego kontakt ze światem może dokonywać się niejako w różnych trybach. Problemami tym zajmowali się potem inni badacze, nierzadko inspirowani opiniami Boorstina i MacCannella. O bardziej stonowanych sądach powiem później; poglądy Boorstina i MacCannella mają jedynie wytyczyć pole refleksji, w którym pojawia się pytanie: Dlaczego kwestię autentyczności uważa się za ważną? Czym ma być autentyk w turystycznym uniwersum? Świadectwa podróży Europejczyków po Stanach Zjednoczonych, o których pisałam w poprzednim rozdziale, dowodzą, że kwestia autentyczności w turystycznym doświadczeniu nie jest marginalna; wskazują też na to, że autentyczność może być rozumiana bardzo różnie. Współczesna refleksja nad kulturą, krążąc wokół tego pojęcia, napotyka trudności, gdy dostanie się w obszar zjawisk turystycznych. Problem z zastosowaniem pojęcia „autentyczności” w studiach nad turystyką bierze się stąd, że pojęcie filozoficzne w dość bezkrytyczny sposób przeniesiono w obszar analiz socjologicznych. Ponadto w pracach dotyczących turystyki mówi się o nim jako o kategorii wartościującej, używanej przez nowoczesnych turystów-obserwatorów. Rzadko natomiast pojawia się pytanie, czy w oglądanych przez turystę społecznościach koncepcja taka w ogóle istnieje, a jeśli tak, to jakie cechy własnej kultury uważane są za „autentyczne”. Co więcej, socjologowie zdają się zakładać, że skoro, podobnie jak turyści, należą do świata nowoczesnego, to rozumieją turystyczne poszukiwanie „autentyczności” – pisał Erik Cohen. Przyjmując tego rodzaju założenia – twierdzi Cohen – działamy zbyt pochopnie. Powinniśmy najpierw spytać o to, czy przypadkiem turysta i badacz życia społecznego nie pojmują autentyczności w odmienny sposób. Musimy też wziąć pod uwagę to, że na gruncie nauk społecznych pojęcie autentyczności funkcjonuje inaczej niż w filozofii i traktować je jako koncepcję ulegającą nieustannym przekształceniom. Anna Wieczorkiewicz „Apetyt turysty. O doświadczaniu świata w podróży”, Kraków 2021
#PrzewodzikKsiążkowy (minirecenzja) Antoni Mączak „Życie codzienne w podróżach po Europie w XVI i XVII wieku”, Warszawa 2022. Kilka razy już o tym wspominałem na X, ale mimo to powtórzę – lektura tej książki podczas #TurystycznyTydzień była dla mnie podwójna podrożą w przeszłość. Po pierwsze, ta wznowiona niedawno przez PIW monografia wybitnego historyka stanowi wspaniały opis dawnej "turystycznej" codzienności europejskiej u zarania dziejów nowożytnych. Po drugie to powrót dla mnie do czasu studiów i wykładów prof. Mączak o podróżach i krajobrazach historycznych naszego kontynentu – były to jedne z najlepszych, a być może nawet najlepsze, prelekcje na jakie chodziłem w życiu. Tę książkę we wcześniejszym wydaniu już czytałem, zatem powtórka wpisuje się w inny mój cykl #LekturyWtóre. Rzadko wracam do książek naukowych lub popularnonaukowych, ale tu bardzo chciałem – raz, że tematyka jest dla mnie arcyciekawa, dwa, że potrzebuję akurat sporo wiedzy i o tym okresie i o podróżowaniu po Europie. A najważniejsze, biorąc pod uwagę temat tygodnia, że praca Mączaka chwyta moment, kiedy rodzi się współczesna turystyka, kiedy pojawia się grupa ludzi chcącą poznawać inne miasta, kraje, narody i ich obyczaje. Tu oczywiście najliczniejsza grupa są Brytyjczycy, którzy spotykani są jako podróżnicy niemal w każdym zakątku Europy, także u nas. Ukoronowaniem tego nowego trendu są oczywiście grand toury, czyli niemal inicjacyjna podróż młodego dżentelmena do źródeł europejskiej kultury, głównie oczywiście do Włoch, rzadziej do Grecji. Angielskie relacje są najliczniejsze i chyba najbardziej barwne, ale przecież wśród podróżujących byli także przedstawiciele innych narodów, także Polacy. Profesor Mączak w znakomity sposób wprowadza nas w meandry tych podróży, peregrynacji i pielgrzymek i, co niezwykle ważne, potrafi nie oddać w miarę prawdziwy obraz tych wycieczek, ale także chyba uchwycić ich „ducha”. Książkę czyta się od pierwszych stronic z dużą przyjemnością, bo oprócz typowej historycznej narracji dostajemy też opowieść o żywych ludziach – sporo tu anegdot i ciekawostek, tego wszystkiego, co czyni pracę interesującą i sprawia, że lektura upływa przyjemnie i pożytecznie. Autor zdaje sobie sprawę z ograniczeń swoich dociekań, z niepełności i pewnej jednostronności źródeł, ale bazując na tym, co ma, potrafi wyciągać trafne i nierzadko intrygujące wnioski. Ta niepełność i jednostronność polega oczywiście głównie na tym, że dysponuje relacjami właściwie tylko osób z klasy wyższej, trudno tu zatem o pełny obraz społeczny podróżowania w dawnych wiekach. Autor jednak potrafi wyciągnąć z dokumentów i przekazów także tło podróży, dostajemy więc perspektywę miejscowych, stan dróg i środków transportu, jakość noclegów i czystość w zajazdach, bezpieczeństwo, a także tak dzisiaj proste sprawy jak wymianę waluty, wypadki, choroby czy choćby zmianę bielizny. Zresztą tu jest tak wiele innych kwestii, które nieodłącznie związane są z podróżowaniem, że o wszystkich napisać nie sposób w tak krótkim tekściku, muszę jednak dodać, że dostajemy także szereg wskazówek i porad, które być może nawet dziś mogą okazać się przydatne podczas wojaży. I najważniejsze, oprócz bardzo bogatego i świetnie dobranego materiału, książka napisana jest nie tylko ze swadą, ale mam także wrażenie, że profesor sam pisał ją z radością. Widać, że lubi swoich bohaterów i czasami zapewne sam chciałby uczestniczyć w ich przygodach, choć oprócz ludzi zacnych i inteligentnych bywali wśród nich utracjusze, dłużnicy oraz inne ladaca i nicponie. No znakomicie się to czyta i tu nic więcej dodawać nie trzeba. Gorąco tę książkę polecam, już choćby dlatego, żeby uświadomić sobie na bardzo wielu przykładach, jak podróżowanie czy turystyka była kiedyś trudną i uciążliwą sprawą. Dziś przyzwyczajeni jesteśmy do komfortowych warunków oraz dużych szybkości i jestem przekonany, że trudno nam sobie wyobrazić jazdę powozem bez resorów po potwornie złych drogach w kurzu i spiekocie przez kilkanaście dni. Lektura tej pracy zmienia nieco perspektywę i daje naprawdę duże wrażenie prawdziwego poczucia smaku dawnych podróży. Wiadomo, nie jest to praca nowa, ma pewne braki, czasem być może anegdotyczny ton zbyt dominuje, zapewne też wiele nowych rzeczy da się w tym temacie odkryć i napisać, ale czy ktoś to zrobi tak dobrze jak profesor Mączak? No nie wiem... Ocena: dawniej 10/10, teraz: 9/10 (+1 za ogromny sentyment)
3
1
10
2,611
PrzewodzikJęzykowy PrzewodzikKsiążkowy (wypisy) Tego dnia w 1822 roku Francuz Jean-François Champollion poinformował o odczytaniu egipskich hieroglifów wyrytych na Kamieniu z Rosetty: „Jako skarby zaklęte, strzeżone przez gryfy, Stoją dotąd nieznane światu hieroglify. Trup od wieków uśpiony, gdy zeń wieko spada, Zdaje się, że w balsamach śpi i przez sen gada, Lecz nie możesz zrozumieć... (Juliusz Słowacki, List do Aleksandra H.) Wprawdzie w czasach Słowackiego umiano już odczytywać staroegipskie hieroglify, jednak wciąż trochę powątpiewano w to, czy po tysiącleciach udało się wskrzesić zapomniany język kraju faraonów. Jean-François Champollion, francuski uczony, który odtworzył wymowę znaków i strukturę pisma hieroglificznego, ogłosił swe odkrycie w 1822 roku. W swojej pracy wykorzystał m. in. dwujęzyczny (egipski i grecki) tekst widniejący na słynnym kamieniu z Rosetty, odkrytym podczas egipskiej wyprawy Napoleona Bonapartego (1798–1802), znajdującym się dzisiaj w British Museum. Jest to kamienna stela, na której w 196 roku p.n.e., za panowania Ptolemeusza V Epifanesa, zapisano edykt synodu kapłanów. Zapisano, co istotne, trzema rodzajami pisma: hieroglificznym, demotycznym i greckim. Posłużyły one do wyrażenia paralelnego tekstu w dwóch językach (egipskim i greckim), stąd tę i podobne dwujęzyczne inskrypcje nazywa się w filologicznym żargonie bilinguami. Hieroglify były nieme przez półtora tysiąca lat, po tym jak wyszły z użycia w IV wieku n.e. Próby ich odczytania, podejmowane zarówno przez średniowiecznych uczonych arabskich, jak i przez europejskich badaczy, nie przynosiły dobrych rezultatów. Co jakiś czas wprawdzie ten i ów ogłaszał z dumą odczytanie hieroglifów, jednak były to tylko prezentacje złudzeń różnej maści fantastów. Wszyscy popełniali podstawowy błąd, sądząc, że pismo hieroglificzne ma charakter czysto symboliczny. Szli w tym śladami Horapollona, późnoantycznego pisarza, który w swoim dziele Hieroglyphika przedstawił alegoryczną interpretację znaków, z których każdy miał wyrażać pewną, zazwyczaj dość złożoną treść. Dopiero Athanasius Kircher, XVII-wieczny jezuita, rozważał fonetyczne interpretacje, sugerując związki z językiem koptyjskim, jednak dominujące przekonanie o mistycznej roli hieroglifów i ich ideograficzności nie pozwoliło mu na osiągnięcie sukcesu. Jego sugestie podchwycili późniejsi badacze, Szwed Johan Åkerblad i Anglik Thomas Young. Na ich pracach opierał się Champollion, który udowodnił, że pismo hieroglificzne w rzeczywistości było pismem o charakterze fonetyczno-ideograficznym. Oznacza to, że niektóre znaki wykorzystywane były do zapisu dźwięków, inne zaś całych słów. Porównując słowa z tekstów hieroglificznych z ich wersjami greckimi (zaczynając od analizy imion królewskich Ptolemeusz i Kleopatra), Champollion ustalił wymowę wielu znaków. Dowiódł również ostatecznie, że język hieroglifów jest tym samym, co język koptyjski”. Andrzej Ćwiek „Hieroglify egipskie. Mowa bogów”, Poznań 2022
3
3
31
2,761
PrzewodzikFilmowy (minirecenzja) „Hot Spot”, reż. Agnieszka Smoczyńska (2026). Do twórczości reżyserki tego obrazu mam dość… złożony stosunek, bo choć jej debiutanckie „Córy dancingu” uważam za film okropny (wiem, wiem, że on się podoba wielu osobom), to już „Fuga”, a szczególnie „Silent Twins” podobały mi się dużo bardziej. To wciąż jest dla mnie kino „aspirujące” do bycia dobrym, a nie dobre kino, ale wydawało mi się, że artystka wybrała niezły kierunek, więc gdy zobaczyłem zwiastun jej najnowszego obrazu natychmiast się nim zainteresowałem. Szczególnie, że zapowiadano go jako polskie sci-fi, a do tego z jakimś artystycznym twistem – no trudno nie być zaintrygowanym. Niestety ta międzynarodowa produkcja już właściwie od pierwszych minut okazała się kompletną porażką – to jest raczej udawanie sci-fi, a do tego te artystyczne twisty tylko mu szkodzą. Tak naprawdę nie lubię omawiać tak słabych filmów, bo to zawsze jest swego rodzaju katalog żalów i pretensji do twórców, ale wypada coś o nim napisać. Opowieść jest prosta, a tak naprawdę szkicowa – oto jesteśmy w bliżej nieokreślonej przyszłości, w której pewną częścią świata rządzi „wielki mózg cyfrowy”, czyli taka AGI (Artificial General Intelligence), do której mieszkańcy są stale podłączenii. To podłączenie umożliwia im na przykład rozmawianie bez aparatu mowy i widzenie, tego co widzą inni – wszyscy są połączeni ze sobą specjalnym oprogramowaniem. Pomysł niby ok, ale jego wykorzystanie już ok nie jest, przede wszystkim dlatego, że cała ta historia jest dęta i opowiedziana całkowicie mętnie. Chodzi w niej o to, że w tym świecie „ludzi połączonych w jednym mózgu” jest też obóz dla uchodźców, którzy nie należą do tego systemu, a w tym obozie dokonano „rytualnego morderstwa”. Sprawa „bada” lokalny detektyw, którego uwagę zwraca uchodźczyni zdradzająca cechy… wiedźmy czy też szamanki – ona zdaje się być rodzaje impulsu dla odnowienia tej zniewolonej przez sztuczną inteligencję społeczności. Trudno tu wyrokować, bo znów – ten świat zarysowany jest aby aby, on wisi na niteczce, opiera się o wątłe patyczki, dokładnie tak, żeby przypadkiem nie zbudować jakiejś spójnej rzeczywistości, a co za tym idzie spójnej opowieści. Wspomnian mętność jest oczywiście celowym zabiegiem „artystycznym”, bo to jest oczywiście art house, który oprócz tego, że czerpie garściami z campu i retrofuturyzmu doprawionego sentymentem za latami 80. No we oferuje tak naprawdę nic. No naprawdę nic, bo warstwa intelektualna, polityczna (!) i symboliczna tego filmu jest niestety grubymi nićmi szytym bełkotem, a każda metafora jest zabijana kolejną. Momentami miałem niestety wrażenie, że niektóre sekwencje to tak modny dzisiaj i zanieczyszczający nasz cyfrowy krajobraz AI Slop, bo tu nic nie trzyma się kupy. Świat filmu, może i ciekawy na pierwszy rzut oka, jest kompletnie niewykorzystany i tak naprawdę nic o nim nie wiem, podobnie jak o głównym postaciach tego obrazu. Ich motywacje i działania są często właściwie przypadkowe. Mamy trzy lokalizacje na krzyż, a i tak ma się wrażenie, że wciąż jesteśmy w dwóch miejscach. Co z tego, że wizualnie zarówno teren opuszczonego lotniska gdzieś w Grecji (tam kręcono zdjęcia” jak i ładna geometria modernistycznej willi są ciekawie pokazane, jak za tym nic nie ma. Oprócz settingu, który jest całkiem niezły, osobną sprawą są aktorzy i to jak są poprzebierani, bo to też tylko błyskotka, za którą się niewiele kryje. Detektywa (to spore nadużycie, bo jego śledztwo to jakaś kompletna komedia) gra wyglądający zupełnie groteskowo Andrzej Konopka – ten wygląd to oczywiście dość przypadkowe zebranie kilku niepasujących do siebie elementów i zrobienie „dziwnej postaci”, żadna inna zresztą nie ma tak „odjechanego" outfitu. Konopka gra zupełnie chaotycznie, Naomi Rapace, czyli gwiazda produkcji, prezentuje się z kolei bardzo niemrawo, co ma chyba pokazywać tajemniczość jej bohaterki. Wszystko to i tak na marne, bo tu nic, absolutnie nic ani do siebie nie pasuje i nie daje widzowi żadnego powodu, aby śledzić tę niedorzeczną i źle pokazaną w każdym elemencie historię. W zamierzeniu miała to być chyba artystycznie posklejana „Diuna” z „Matriksem” i „Łowcą androidów”, ale wyszła z tego niestrawna kaszanka – jeśli my mamy robić takie kino gatunkowe, to… lepiej nie róbmy. Film się ogląda z rosnącą irytacją i zmęczeniem, bo choć w obrazku bywa momentami naprawdę fajnie (oprócz wyglądu Konopki), to cała reszta jest najzwyczajniej do bani. Pomysł, który jak to pomysł, można było ciekawie rozwinąć, ale tu nawet sytuacja wyjściowa jest od startu źle podana i źle wykorzystana. Strata czasu, wydmuszka kompletna. Ocena: 2/10
#PrzewodzikFilmowy (minirecenzja) #MedycznyTydzień „Silent Twins”, reż. Agnieszka Smoczyńska (2022). Historia sióstr Gibbons jest tak niezwykła, że doskonale nadaje się na mocny i dobry film. I można do tej opowieści podejść na wiele sposobów – mogłaby to być prosta, oszczędna narracja filmowa lub wręcz przeciwnie – głęboko artystyczna próba. Agnieszka Sroczyńska, dla której ten film to anglojęzyczny debiut, wybrała tę drugą opcję, ale znając jej poprzednie obrazy, trudno się temu dziwić. Oba jej poprzednie filmy, które widziałem, miały mocne autorskie piętno i choć „Córki dancingu” uważam za dużą pomyłkę, to już „Fuga” miała zdecydowanie więcej wartości. To piętno widać też w „Silent Twins”. June i Jennifer Gibbons, czarnoskóre bliźniaczki żyjące w zachodniej Anglii były zwykłymi dziećmi. W pewnym momencie jednak, z do dziś nie do końca jasnych przyczyn, przestały komunikować się ze światem zewnętrznym i rozmawiały jedynie między sobą. Ich milczenie stawało się coraz bardziej problematyczne, przede wszystkim dla ich rodziców, ale też dla nauczycieli i kolegów w szkole. Dziewczynki zaczęły się coraz bardziej izolować od świata zewnętrznego, uciekając w świat wyobraźni i wzajemnych gier, które czasem przeradzały się problemy. Gdy były nastolatkami przejawiało się to w stosowaniu używek i dość ryzykownymi zachowaniami - w końcu trafiły przed są za kradzież i wandalizm (podpalenie sklepu z traktorami). I tu historia, także ta w filmie, z intrygującej, ale mimo wszystko cały czas kontrolowanej opowieści, zmienia się w mroczny dramat, bo bliźniaczki zostały potraktowane przez wymiar sprawiedliwości wyjątkowo surowo – nie pomogło im oczywiście milczenie, które wzięto za przyznanie się do winy. June i Jennifer został skazane na bezterminowe leczenie psychiatryczne w mającym złą sławę szpitalu Broadmoor, co tak naprawdę oznaczało dożywotnie więzienie w murach szpitala. Dla mnie opowieść, która dzieli się na dwie, a tak naprawdę na trzy części, z czego początkowa i końcowa są najlepsze. Wejście w historie jest naprawdę dobrze poprowadzone, także przez animacje i kilka innych środków wyrazu, które pozwalają wejść odrobinę w świat milczących sióstr. Animacje, udane, choć nieco niepokojące, mają tu szczególną funkcję, bo są to opowiastki wzięte z twórczość bliźniaczek – obie miały całkiem udane próby literackie, a jedna z nich nawet opublikowała książkę. Sama historia, choć być może nieco zbyt gęsto upstrzona typowo artystycznymi „wizjami” (sporo tu wędrówek w oniryczny świat fantazji dziewczyn, ale podany dość pośrednio), to ogląda się to całkiem dobrze. Film niestety w pewnym momencie nieco za bardzo meandruje i wraca na właściwe, według mnie tory, dopiero gdy już przenosimy się do tego okropnego złowieszczego szpitala, gdzie dodatkowo siostry zostają rozdzielone. Ten artystowski sznyt, bo tu jednak jest moim zdaniem odrobina pretensji, żeby zrobić film inny i bogaty znaczeniowo, niestety czasem sprawia wrażenie przesady i zbytniego estetyzowania tej historii, która przecież broni się sama z siebie – tu naprawdę w większej części wystarczyło podążać z nią a i tak miałoby to sporą siłę oddziaływania. Smoczyńska moim zdaniem troszkę poświęciła troszeczkę ten film na ołtarzu własnych pragnień jak to dzieła ma wyglądać i ostatecznie chyba do końca się nie udało stworzyć filmu dobrego. Ale jest nieźle, szanuję tę próbę, uważam, że gdyby tu była większa dyscyplina artystyczna i powściągliwość byłoby zdecydowanie lepiej. Ostatnie 20 kilka minut też ratuje ten obraz, bo wracamy do bohaterek – to one znów zaczynają być najważniejsze, szkoda więc zbyt wiele tych momentów, kiedy tracimy je z oczu zasłaniając efektowną wizualną kurtyną. W filmie zabrakło mi też większej dociekliwości i próby zrozumienia sióstr, mało też było w nim szerszego tła społeczno-obyczajowego, które mogłoby lepiej całą tę opowieść umocować w czasie i przestrzeni. Widać jednak, że reżyserka się rozwija, czasem ma naprawdę dobre oko oraz ucho i mam nadzieję, że jej kolejny film będzie jeszcze lepszy. Ten oceniam na: 6,5/10
2
1
26
7,491
PrzewodzikKsiążkowy (minirecenzja) Józef Hen „Nik nie woła”, Kraków 2013. Już się do tego kiedyś przyznawałem, ale nigdy wcześniej nie czytałem żadnej powieści Józefa Hena – do tej pory udało mi przeczytać jedynie dzieło… jego syna Macieja, którego „Solfatara” bardzo mi się podobała. Jak to u mnie na nadarzyła się okazja, bo z okazji PowojennyTydzień omawiałem film na podstawie właśnie tej powieści Hena seniora, uznałem zatem, że to najlepszy moment, aby sięgnąć po pierwowzór literacki. I było to ze wszechmiar ciekawe doświadczenie, bo gdybym nie wiedział, że film Kutza (o którym więcej w załączeniu) jest na podstawie „Nikt nie woła” to byłoby mi ciężko się domyślić, choć imiona postaci są takie same. Tu trzeba też uściślić, że choć powieść była ukończona już w 1957 roku, to wydano ją dopiero w 1990 roku – 33 lata po napisaniu, więc tak naprawdę korzystano przy tworzeniu filmu z manuskryptu. Wszystko oczywiście ze względu na peerelowską cenzurą, z tego też powodu akcja obrazu Kutza musiała zostać przeniesiona z azjatyckiej części ZSRS (dokładnie spod Taszkientu w Uzbekistanie) czasu wojny na powojenne Ziemie Zachodnie. A to zmienia naprawdę dużo, choć sama forma powieści jest bardzo filmowa. Utwór stoi bowiem bardzo mocno dialogami, na początku nawet przeszkadzało mi, że wskakujemy w jej akcję jakby nagle, bez wstępu i wprowadzenia w sytuację. To się oczywiście później klaruje w dużej mierze, ale do końca jest wiele spraw, któ®ych trzeba się domyślać i je przeczuwać. Główny bohaterem, podobnie jak w filmie, jest siedemnastoletni Bogdan Bergen, zwany Bożkiem, pochodzący z warszawskiego Nowolipia (jak sam autor), który we wrześniu 1939 roku ucieka przed Niemcami na wschód. Po tułaczce trafia do batalionu pracy pod Taszkientem, gdzie styka się z głodem, okrucieństwem, chorobami i skrajną nędzą. Próbuje dostać się do armii generała Andersa, ale zostaje odrzucony ze względu na żydowskie pochodzenie. Później ląduje w Samarkandzie przy szkole pedagogicznej. Ta część nosi tytuł „Boso”, druga zaś „W butach” i tam mamy, znaną z filmu historię miłosną Bożka i Leny. Jak wspomniałem powieść niesiona jest dialogami, komentarza narracyjnego jest naprawdę mało, więc rzecz całą czyta się bardzo dobrze i szybko, co jest także zadługą bardzo ładnego stylu Hena. Dialogi są nie tylko wiarygodne, ale też maja w sobie spore pokłady zarówno emocji jak i interakcji między bohaterami. Jest w nich jakaś prawda o ludziach, którzy znaleźli się w takim miejscy z bardzo różnych powodów. Jest tu głównie codzienna harówka i mitręga, ale zdarzają się momenty, kiedy postacie oceniają rzeczywistość – to także jest całkiem zajmujące. „Nikt nie woła” to swego rodzaju bildungsroman, bo mamy tu wchodzenie w dorosłość młodego człowieka, w dodatku w bardzo specyficznych warunkach. Bożek poznaje życie, proszę wybaczyć dosadność, ale ono jest tu trochę nieodzowna, od dupy strony – przemocy, nędzy, głodu. W tym wszystkim musi się odnaleźć i rozpoznać swoje miejsce, a jego wybory nie zawsze są szlachetne. Sporo tu dostosowywania się do rzeczywistości i okoliczności i choć Bożek kilka razy robi małe świństewka, to zawsze zostaje mu na tyle przyzwoitości, żeby nie robić tych większych. Hen podkreślał, że wszystkie wydarzenia w powieści są prawdziwe, a ja nie ma powodów, aby mu nie wierzyć. Powieść jest zatem interesująca i dobrze napisana, choć zabrakło mi lepszego opisania świata, w którym musi poruszać się główny bohater. Zamiast tego dostałem pełnokrwiste dialogi i sporo ciekawej historii i szkoda w sumie, że film Kutza nie mógł zekranizować oryginalnej opowieści. Ocena: 7/10
PrzewodzikFilmowy (minirecenzja) CzwartkiZPolskimKinem PowojennyTydzień „Nikt nie woła”, reż. Kazimierz Kutz (1960). Od razu muszę się przyznać, że to mój pierwszy raz z tym filmem, bo jakoś trochę „bałem” się oglądać do tej pory te dwa pierwsze obrazy reżysera – miałem jakieś dziwne przekonanie, że to strasznie propagandowe filmidła, choć to niezbyt racjonalne podejście biorąc pod uwagę jego późniejszą twórczość. Debiutanckiego „Krzyża walecznych” wciąż nie oglądałem, ale udało się ten drugi. I trzeba przyznać, że młody Kutz na początku swojej kariery był trochę odważny – w „Nikt nie woła” widać, że postanowił zrobić film po swojemu i co tu dużo gadać, wyżyć się artystycznie. Bo tak naprawdę film ten jest idealnym przykładem obrazu, w którym jest jednak przerost formy nad treścią. Sam Kutz twierdził wszak, że jest to obrazy „antynarracyjny” i nie interesuje go anegdota. Mnie interesuje, ale nie gardzę też formalnymi rozwiązaniami i tu trzeba otwarcie powiedzieć, że choć widać tu mocne wpływy kina francuskiego, to jednak jest to film własny i osobny. Wtedy w Polsce niewielu tak potrafiło, szczególnie w wieku 33 lat. Jest to film „antynarracyjny”, ale oczywiście nie pozbawiony opowieści, choć ta jest przyczynkowa i prosta – oto jesteśmy tuż po wojnie, a główny bohater Bogdan, młody chłopak, nie wykonuje wyroku na komuniście i ucieka na Ziemie Zachodnie licząc, że tam zniknie w tłumie przesiedleńców. Sytuacja jakby koresponduje z „Popiołem i diamentem” Wajdy, ale w odwrócony sposób – Bożek (bo tak jest później nazywany) wybiera „życie”, wybiera spokój i jednak dostosowanie się do nowej rzeczywistości. A ta rzeczywistość w filmie przedstawiona jest nie tyle alegorycznie, co raczej szczątkowo – rządów komunistów właściwie tu nie ma, jest za to powolna, dość nudna codzienność, w którą Bożkowi trochę trudno się dopasować. Wszystko zmienia, choć jeden z dwóch kluczowych momentów historii, spotkanie Lucyny – wiadomo, na początku niepewność i nieśmiałość (choć nie, to złe słowo – to jest raczej pewien rodzaj uważności na drugiego człowieka, ale bez strachu), ale wiadomo, że to będzie romans. Drugim ważnym punktem jest napotkanie na ulicy w tej sennej mieścinie, która ożywia się tylko podczas targu i wizyty cyrkowców, dawnego kolegi, co oczywiście zwiastuje problemy. I tyle – to właściwie wszystko, ale i dla reżysera i dla widza ważne jest to, co pomiędzy, to, co w szczelinach i prześwitach – tam zaglądamy i temu się przyglądamy. I ma to dobre, ale także gorsze strony. Dobre, bo w ten sposób ten formalny zamysł reżysera rzeczywiście się sprawdza i zamiast klasycznej opowieści mamy pewne okruchy, migawki, spojrzenia, niuanse, co buduje ciekawą aurę wokół bohaterów, ale jednak nie ich nie buduje i nie daje satysfakcji ze śledzenia ich losów. Owszem, są momenty naprawdę dobre – celne zdania, ładnie zdjęte gesty, ciekawe obrazki obyczajowe, ale jako całość to jest trochę oglądanie wystawy sklepowej przez nieco zamgloną szybę – mało tu jednak widać i nie chodzi oczywiście technicznie o ostrość obrazu, ale wizję twórcy. To jest to gorsze w tym filmie, bo jest sporo momentów, gdzie można było tę nie-opowieść podać strawniej, mniej sztucznie i w mniej wystudiowany sposób. Te ostatnie określenia to chyba mój największy zarzut wobec „Nikt nie woła” - tu wszystko jest zbyt odmierzone, zbyt ustawione, aktorzy momentami są niemal kukłami, które musza stać w odpowiednim miejscu i wygłaszać momentami wręcz mechanicznie swoje kwestie. To jest jakoś tam intrygujące, ale nie w nadmiarze. Na szczęście te chwile są też przełamywane i to dobrze robi temu obrazowi. Wspomniałem o tym, że aktorzy to trochę „kukły”, bo tak bywa, ale to nie znaczy, że to jest źle zagrane – nie, to po prostu taka koncepcja. Wręcz przeciwnie tu kilka występów zdecydowanie się wyróżnia, a gra Zofii Marcinkowskiej długimi fragmentami jest znakomita. Przyznaję, że nie znałem tej aktorki, potem oczywiście sprawdziłem jej biogram i nie ma się co dziwić – zagrała raptem w trzech, mniej znanych filmach, a potem tragiczna historia i samobójstwo, które przerwało tak pięknie zapowiadającą się karierę. Tu jest niemal zjawiskowa, a na pewno zapadająco mocno w pamięci. Film zatem jest takim trochę młodzieńczym wyskokiem zbuntowanego, młodego twórcy, który chyba z pożytkiem dla wszystkich, później już nie eksperymentował aż tak mocno. „Nikt nie woła” ja bym właśnie oceniał w takiej kategorii – małego eksperymentu i niezbyt wysoko jako jednak rodzaj wprawki, ale jedna sprawa znacznie podnosi jego notę – niesamowite, ale powtórzę to dla pewności – zupełnie niesamowite zdjęcia Jerzego Wójcika! Co tu się odwala wizualnie, to jest po prostu poezja i czysta sztuka, a plastyczność tego obrazu jest wręcz niewiarygodna. Naprawdę, myślałem, że widziałem już wszystkie najpiękniejsze polskie filmy, ale okazuje się, że nie i ten wskakuje do ścisłej czołówki pod tym względem bezapelacyjnie. Cudo! Stąd też, moja ocena podwyższona o stopień i daję: 6,5/10
4
2
49
4,974
PrzewodzikKsiążkowy PrzewodzikNaukowy W ostatnim czasie głośno o problemach wielu osób z ich pracą naukową czy pisarską - nierzetelne cytowanie, niepoprawne przypisy, źle sformatowana bibliografia czy ogólna niechlujność tekstu (o ordynarnym plagiatowaniu czy wklejaniu fragmentów z modeli językowych nawet nie wspominam). Moim zdaniem wielu z tych problemów dało by się zapobiec, gdyby autorzy i badacze używali programów bibliograficznych. Oprogramowanie to bowiem nie tylko potrafi zbierać i gromadzić dane opisowe książek i artykułów, a także porządkować nasze wypisy i notatki, ale jest przede wszystkim bardzo pomocne właśnie w poprawnym formatowaniu i cytowaniu. Wiele z tych programów ma wbudowane czytników PDF, a nawet formatów ebookowych, więc bez problemu można łatwo sprawdzić skąd dany fragment pochodzi i jak właściwie oznaczyć go w swoim tekście. Aplikacje te współpracują z popularnymi procesorami tekstu, często mają do nich wtyczki, więc przypisy wstawia się jednym kliknięciem prosto z naszej bazy. Ja od lat używam Zotero i gorąco polecam ten program, bo jest darmowy i ma wszystko, co potrzebne (w swojej bazie zgromadziłem 60 tys. rekordów), ale można znaleźć wiele innych do wyboru, do koloru: bezpłatny, ale z ograniczeniami Mendeley, open sourcowy JabeRef czy kosztujących sporo pieniędzy Citavi (współpracowałem z firma Swiss Academic Software i nawet zlokalizowałem ten program na polski, a le to dawne dzieje ;-). Kilka lat zajmowałem się sprzedażą i szkoleniami z obsługi tego typu oprogramowania i pamiętam, że studenci, a nawet doktoranci zupełnie nie wiedzieli jak poprawnie cytować, czym jest styl cytowania, jak budować bibliografię czy nawet jak korzystać z katalogów bibliotecznych (!). Chyba wciąż niewiele się zmieniło pod tym względem...
6
7
61
3,684