Oto nasze niezastąpione media podały, że minister Sikorski podzielił się informacją, że wojna już za progiem. Konkretnie chodzi o to, że on rzekomo, że źródeł, których nie może ujawnić, otrzymał wiadomość o tym, że Rosjanie "szykują coś dużego".
A ja to czytam i ogarnia mnie takie wkurwienie, że aż brak mi słów. Co to bowiem ma znaczyć? Do kogo on kieruje tę informację? I po co? Do mnie? Żeby co? Żebym co teraz zrobił? Zaczął się drzeć ze strachu? A może do Ruskich, żeby oni usłyszeli, że my doskonale wiemy, co oni kombinują i że jak tylko spróbują, to już na wejście od Kosiniakaa dostaną w ryj? Przecież to jest jakiś absurd!
I co to ma znaczyć, że on te rewelacje powziął z wielu źródeł, ale ich nie ujawni. Bo co? Bo mu minister od Łukaszenki to powiedział, a Radek obiecał, że go nie zdradzi? No, na pewno.
A może to były służby różnych państw, ale i one prosiły, żeby on ich pochodzenie zachował dla siebie.
Przepraszam za język, ale już nie wytrzymuję: co ten człowiek pierdoli? Że Ruscy szykują "dużą rzecz"? Jaką dużą rzecz? On nam tego powiedzieć nie może. A niby dlaczego? Mamy tylko się diwiedzieć, że to będzie "duża rzecz", najpierw się zesrać że strachu, a potem tylko się zastanawiać, czy to przypadkiem nie chodzi o wojnę?
Wszystko mi mówi, ze szczególnym wyróżnieniem tej zapijaczonej i zakłamanej mordy, że to właśnie chodzi o to i o nic innego. Oni liczą na to, że na dźwięk słów "coś dużego" my wszyscy uznamy, że jedyne co nam pozostaje to schronić się pod opiekuńczymi skrzydłami Donalda Tuska i jego szwabskiej ferajny. No a jeśli się będziemy upierać, to trudno, ale musimy wiedzieć, że trzeba będzie wprowadzić stan wojenny i o kolejnych wyborach możemy zapomnieć.
Obiecuje, że to już po raz dziś ostatni: niech spierdala.