„W przegłosowanej przez Sejm ustawie nie rozdzielono komunikacji o produkcie od jego reklamy i promocji, co dla małych producentów może mieć katastrofalne konsekwencje” — przekonuje Arkadiusz Wenta, współzałożyciel AleBrowaru.
I trudno się z nim nie zgodzić. Ten sam zakaz dla wszystkich nie oznacza takich samych konsekwencji dla każdego.
Najwięksi gracze — Heineken / Grupa Żywiec (🇳🇱), Carlsberg (🇩🇰), Kompania Piwowarska (🇯🇵), Van Pur (🇵🇱🇩🇪) czy Perła – Browary Lubelskie (🇨🇾🇩🇰) — sobie poradzą. Polsko brzmiąca nazwa i wieloletnia obecność na naszym rynku nie oznaczają jeszcze polskiego kapitału. W tym zestawieniu mówimy o kapitale zagranicznym lub mieszanym.
Ich marki znają wszyscy. Mają rozpoznawalność budowaną przez dekady, ogromną dystrybucję oraz całe zespoły prawników i marketingowców. Zakaz nie wymaże ich z pamięci klientów ani ze sklepowych półek.
Mały polski browar często ma właściciela, kilku pracowników i profil w mediach społecznościowych. Tam informuje, że uwarzył nowe piwo, gdzie można je kupić i kiedy organizuje degustację. Jeśli taką komunikację wrzucimy do jednego worka z masową reklamą, odbierzemy mu jedno z podstawowych narzędzi dotarcia do klientów.
Koncern może żyć z tego, że wszyscy już znają jego markę. Mały producent musi mieć szansę powiedzieć, że w ogóle istnieje.
Nie mam też złudzeń: najwięksi będą szukać nowych sposobów utrzymania widoczności. Wydarzenia, sponsoring, marki parasolowe — historia „łódki Bols” przypomina, jak kreatywny potrafi być marketing, gdy stawką są duże pieniądze. Małego browaru nie stać na podobną grę.
Jeśli celem jest ograniczenie szkód związanych z alkoholem, rozmawiajmy poważnie o jego cenie, dostępności i promocjach zachęcających do kupowania większych ilości. O tym, jak łatwo i tanio można kupić dużą dawkę etanolu. Trudno uznać, że sednem tego problemu jest wpis lokalnego browaru o premierze nowego piwa.
Multitapy, browary rzemieślnicze i regionalni producenci to konkretne miejsca pracy oraz przedsiębiorcy, którzy latami budowali swoje firmy. Nie mają finansowej poduszki międzynarodowych koncernów. Źle zaprojektowane przepisy mogą odebrać im klientów, zanim ktokolwiek zdąży ocenić skuteczność ustawy.
W imię walki z problemem społecznym możemy więc osłabić mały polski biznes, a przy okazji utrwalić przewagę zagranicznych gigantów. Czy naprawdę o taki efekt chodzi ustawodawcy?
Bo jeśli klient będzie wybierał wyłącznie spośród marek, które już zna, nietrudno przewidzieć, kto na tym wygra.
Koncerny przetrwają dzięki rozpoznawalności, którą kupowały przez dekady. Małe polskie browary mogą za ten zakaz zapłacić swoim istnieniem.