No Proszę Państwa... Francja staje się sensacyjnie problemem dla Euro i to już widać na rynku.
Przez wiele lat mówiąc o „kryzysie zadłużenia w strefie euro” to myśleliśmy raczej o Grecji, Włoszech, Hiszpanii, ale nie o... Francji (na którą dziś patrzą inwestorzy)
Euro spadło wczoraj do najniższego poziomu wobec dolara od 17 miesięcy, a francuskie obligacje znalazły się pod bardzo silną presją.
Różnica pomiędzy rentownością francuskiego i niemieckiego długu sięgnęła w piątek niemal 160 punktów bazowych.
To był największy poziom od czasów kryzysu zadłużeniowego strefy euro w 2011 r.
Dlaczego tak się stało?
Bo rynek patrzy na francuski deficyt, rosnące zadłużenie, polityczne rozdrobnienie i... wybory prezydenckie w 2027 roku (koniec II kadencji Macrona).
Problem jest (teoretycznie) prosty. Żeby uspokoić inwestorów, Francja powinna pokazać wiarygodny plan naprawy finansów.
Ale przed wyborami cięcia wydatków i oszczędności są politycznie "wyjątkowo trudne" (jeśli w ogóle możliwe).
Krótko mówiąc rynek zaczyna żądać większej premii za ryzyko i pyta: kto właściwie ma przeprowadzić konsolidację fiskalną?
To ważne także dla nas w PL, bo Francja nie jest Grecją. To druga największa gospodarka strefy euro i jedno z dwóch państw, które wraz z Niemcami stanowią polityczny i gospodarczy rdzeń UE.
Jeżeli inwestorzy zaczynają kwestionować zdolność Paryża do uporządkowania finansów publicznych, to problem nie zatrzyma się raczej na samej Francji i uderzy w euro, europejski rynek obligacji i potencjalnie w koszt pieniądza w całej Europie.
To paradoks. Nasdaq bije rekordy, AI napędza giełdę, a w tym samym czasie europejski rynek długu zaczyna przypominać rok 2011.
Dwa światy jednocześnie, istniejące obok siebie. I oba prawdziwe...
Źródło: Reuters