Kiedy dowodziłem 12 Brygadą Zmechanizowaną przeprowadziłem takie ćwiczenie. Zadzwoniłem na policję i Żandarmerię Wojskową, że jest napad na garnizonowy skład amunicji w Stargardzie Szczecińskim. Oczywiście nikt w tych służbach nie wiedział, że to są ćwiczenia. Mieli działać tak, jak podczas prawdziwego napadu. Odczekałem jakieś piętnaście, dwadzieścia minut od telefonu, po czym pojechałem tam. Na miejscu, przed bramą zastałem dwóch funkcjonariuszy w mundurach wyjściowych – policjanta i żandarma.
– Panowie, a co wy tu robicie? – pytam.
– Było zawiadomienia, że tu jest napad – odpowiadają.
– Dostaliście dwadzieścia minut temu informację, że jest napad, więc dlaczego jeszcze tu stoicie?
– No ale panie generale, brama jest zamknięta.
– A jak to byłby prawdziwy napad, to też byście na bramę patrzyli? Skoro dwadzieścia minut temu dostaliście informację, że jest napad, to tam wewnątrz cała obsługa została już zabita, ładunki wybuchowe są zainstalowane i terroryści zaraz zaczną wywalać je w powietrze. Skład amunicji przestanie istnieć, a pół Stargardu straci szyby w oknach.
– No ale co my mieliśmy robić?
– Staranować bramę i wjechać do środka – odpowiadam.
– Ale mamy samochody osobowe.
– To trzeba było przyjechać samochodem pancernym.
– Ale kto zapłaci za bramę?
– Ja zapłacę! – odpowiadam.
Koszt bramy był oczywiście wliczony w koszty ćwiczenia, ale nikt jej nie staranował, bo nikt tego wcześniej nie ćwiczył.
To fragment rozmowy z gen. Andrzejem Tuzem z mojej nowej książki "Wojna w Polsce. O ślepocie, błędach i zaniedbaniach polityków przed wojną z Rosją".
Od dziś w księgarniach.