Libertarianizm na dowolny temat:
"W sporze o [...] są tylko dwie opcje. Albo każdy robi jak chce albo urzędnik odbierze smak życia. Nie ma trzeciej drogi". Pora na CS-a.
W sporze o dobro dzieci możliwe są tylko dwie opcje:
Albo „władzę” - i obowiązek dbania o ich dobro - będą mieli rodzice, albo urzędnik reprezentujący bezosobowe, biurokratyczne instytucje.
Nie ma „trzeciej drogi”. Nie da się selektywnie zwiększyć zakresu kontroli czy nadzoru tych drugich nad „trudnymi przypadkami” bez równoczesnego ograniczenia władzy tych pierwszych. Każde nowe uprawnienie jakiejś instytucji do ingerowania lub kontrolowania decyzji rodziców oznacza przecież dokładnie o tyle mniejszy zakres, w którym to oni o wychowaniu swoich dzieci mogą decydować samodzielnie.
Dla każdego zdrowego człowieka powinno być oczywiste, że z faktu, iż istnieją patologie, źli rodzice i po prostu okrutni ludzie, nie może wynikać uzasadnienie dla tworzenia systemu, który represjonuje rodziców normalnych - nieidealnych, niedoskonałych, zmęczonych, czasem przestraszonych, zagubionych czy chorych - ale kochających swoje dzieci tak mocno, jak tylko rodzic potrafi. I tak mocno, jak ktoś, kto rodzicem nie jest, nigdy nie będzie w stanie sobie nawet wyobrazić.
Żadna ustawa i żadna instytucja nie będzie potrafiła ex ante oddzielić "rodzin patologicznych" od zwyczajnie niedoskonałych; przemocy rodzicielskiej od momentu bezradności i słabości wynikającego z braku zasobów przemęczonej matki albo ojca. Zwłaszcza, że rodzice w Polsce należą do najbardziej "wypalonych rodzicielsko" na... Świecie. To co *może zrobić* taka ustawa, regulacja czy instytucja to... obniżyć próg podejrzenia, rozszerzyć obowiązek zgłaszania i uruchomić procedurę wobec wszystkich przypadków spełniających formalne kryteria.
Niestety w Polsce od lat - na fali regulacyjnego ADHD i pohukiwań osób, które o rodzicielstwie oraz wychowaniu dzieci wiedzą wszystko, tyle że z książek - idziemy właśnie w tę drugą stronę. Od "ustawy Kamilka", której jedynym widocznym efektem jest to, przed czym ostrzegali libertarianie - gigantyczny wzrost liczby „niebieskich kart” (w samej Warszawie o prawie 50% w dwa lata) zakładanych bez żadnej potrzeby i realnej podstawy - po dzisiejsze działania RPD, które sąd jasno określił mianem „przemocy instytucjonalnej”.
Państwo i „zawodowi poprawiacze cudzych żyć” pewnie nawet chcieli dobrze. Tyle że efekt jest dokładnie taki, jak dało się przewidzieć: tysiące rodzin w Polsce zostaje objętych dozorem kuratora (!), doświadcza wizyt policji (!!) i - zwłaszcza w mniejszych ośrodkach - jest narażanych na ostracyzm społeczny oraz przypęcie łatki „patusa” czy wyrodnego rodzica (!!!), bo… dziecko wspomniało w szkole, że dostało klapsa.
Najbardziej skandaliczne jest to, że ten „klaps” nawet nie musiał być prawdziwy. Wystarczy, że dziecko *powie*, że dostało klapsa, że było szarpnięte albo że „mama krzyczy” - i już. Spełnione są wystarczające przesłanki, żeby machina ruszyła, a jej ewentualne nieuruchomienie zależy wyłącznie od dobrej woli pedagogów, psychologów szkolnych i dyrekcji oraz od ich gotowości do poniesienia ewentualnego ryzyka - w tym ryzyka odpowiedzialności karnej.
To jest chory efekt całkowicie błędnego rozpoznania tego, czym powinno być państwo i jakie są jego zadania, oraz podejmowanych przez jego zwolenników prób uzurpacji władzy nad cudzymi dziećmi.
Efektem są mniejsze lub większe niedogodności, przykrości, a nawet dramaty polskich rodzin oraz - co nie mniej ważne - podważenie kluczowej, bezpiecznej relacji między szkołą i nauczycielami a rodzicami. Relacji, która z partnerskiej i zmierzającej do wspólnego celu - zapewnienia dzieciom dobrostanu - zamienia się w relację inkwizycyjną i skrajnie asymetryczną: konsekwencje ew. braku zgłoszenia realnej przemocy ponosi osobiscie psycholog, dyrektor czy nauczyciela a koszty zgłoszenia pochopnego czy bezzasadnego... rodzina.
To, że RPD trzeba zdymisjonować to dziś oczywiste. Ale na śmietnik trzeba przede wszystkim wywalić cały błędny, chory, patologiczny model myślenia o tym, że dobro dzieci w Polsce da się zaordynować ustawą i wyegzekwować urzędniczą pieczątką - przy okazji traktujac wszystkich rodziców jak potencjalnych sprawców przemocy domowej.