MŁODZI NIE CHCĄ DO WOJSKA? TO MOŻE, KURWA, NAJPIERW ZAPYTAJMY DLACZEGO.
Najłatwiej powiedzieć, że młodzi są miękcy, wychowani na TikToku, smartfonach i kawie za dwie dychy, a potem dorzucić obowiązkowe: „kiedyś chłop szedł do wojska i nie marudził”.
Tylko że dzisiejszy dwudziestolatek nie żyje w informacyjnej próżni.
Młodzi doskonale wiedzą, jak wygląda współczesna wojna. I doskonale wiedzą, jak wygląda armia. Mają, kurwa, internet.
Pięć minut wystarczy, żeby zobaczyć drona FPV wpadającego do okopu, rozjebany transporter, rannych wynoszonych spod ostrzału i człowieka, który ginie, nawet nie widząc przeciwnika.
I kolejne pięć minut wystarczy, żeby przeczytać, że w wojsku jest „chujnia”.
Bo „chujnia w armii” to od lat jeden z najlepiej sprzedających się tematów.
Sprawna jednostka? Nuda.
Dobrze przeprowadzone szkolenie? Kogo to obchodzi.
Tysiące żołnierzy, którzy codziennie normalnie robią swoją robotę? Żadnego klikalnego dramatu.
Ale:
„KATASTROFA W ARMII”.
„KOMPROMITACJA”.
„BRAK SPRZĘTU”.
„GENERAŁOWIE NIE WIEDZĄ, CO ROBIĄ”.
„WOJSKO NIEGOTOWE DO WOJNY”.
O, to się niesie.
Bo nic tak dobrze nie sprzedaje się jak skandal, konflikt, strach i poczucie, że wszystko zaraz jebnie.
I żeby było jasne: sam nieraz piszę o problemach armii, bo problemy trzeba nazywać. Tylko czym innym jest krytyka oparta na doświadczeniu i znajomości systemu, a czym innym robienie z permanentnej katastrofy modelu biznesowego.
Przez lata wyrosła nam cała grupa ekspertów, pseudoekspertów, komentatorów i dziennikarzy, którzy najlepiej wiedzą, jak szkolić żołnierzy, jak dowodzić, jak kupować broń, jak organizować armię, jak prowadzić mobilizację i jak wygrać wojnę.
Tylko że część z nich w armii nie była, kurwa, nawet jednego dnia.
I nie, nie trzeba być żołnierzem, żeby pisać o wojsku.
Ale dobrze byłoby czasem pamiętać, że przeczytanie pięćdziesięciu raportów, obejrzenie stu filmów i pogadanie z trzema anonimowymi źródłami nadal nie daje doświadczenia człowieka, który naprawdę nosił mundur.
Młody człowiek siedzi więc w internecie i dostaje przez lata jeden przekaz:
w armii syf, w armii beton, w armii braki, szkolenie złe, dowódcy źli, zakupy złe, logistyka zła, państwo nieprzygotowane.
A potem ci sami ludzie z poważnymi minami pytają:
„Dlaczego młodzi nie chcą iść do wojska?”
No kurwa, zagadka stulecia.
Ale to jeszcze nie wszystko.
Do tego dochodzą rodzice.
Rodzice, którzy najchętniej wycieraliby dupę swoim trzydziestoletnim dzieciom, żeby przypadkiem życie ich za mocno nie obtarło.
Syn ma dwadzieścia pięć lat?
„Jeszcze młody.”
Trzydzieści?
„Jeszcze się ustawia.”
Trzydzieści pięć?
„No przecież trzeba mu pomóc.”
Mieszkanie? Rodzice pomogą.
Rata? Rodzice dorzucą. Obiad? Mama ugotuje.
Pranie? Przywieź, synku.
Ale kiedy pojawia się temat wojska, nagle dramat narodowy.
„Moje dziecko ma iść do wojska?!”
Dziecko ma, kurwa, trzydzieści dwa lata, kredyt, samochód, firmę albo dwoje własnych dzieci, ale dla mamusi nadal jest bezbronnym szkrabem, którego armia zaraz skrzywdzi, bo ktoś każe mu wstać o szóstej rano i pobiegać z plecakiem.
I potem się dziwimy, że młody człowiek nie pali się do służby.
Z jednej strony internet przez lata tłumaczy mu, że armia to katastrofa.
Z drugiej strony rodzina przez lata tłumaczy mu, że świat powinien go chronić przed każdym dyskomfortem.
A z trzeciej strony państwo nagle wyskakuje z pytaniem:
„A może byś tak, obywatelu, był gotów zaryzykować życie?”
No to on odpowiada:
„A dlaczego, miałbym wam ufać?”
I to jest pytanie dużo poważniejsze niż cała ta gadka o „miękkim pokoleniu”.
Bo współczesny młody człowiek widzi wojnę niemal na żywo. Wie, że tam nie ma romantyzmu, werbli i pięknej śmierci pod sztandarem.
Jest dron Jest artyleria. Jest mina. Jest krew. Jest człowiek, który może zginąć, zanim w ogóle zobaczy przeciwnika.
Dlatego kiedy państwo mówi mu: „W razie wojny pójdziesz walczyć” on ma pełne prawo zapytać:
Czy mnie naprawdę wyszkolicie? Czy dostanę dobry sprzęt?
Czy mój dowódca będzie wiedział, co robi? Czy będziemy mieli łączność, amunicję, drony i medyków? Czy moje życie będzie dla was czymś więcej niż kolejną rubryką w tabeli?
To nie są pytania tchórza.
To są pytania człowieka, który ma dostęp do informacji i wie, że współczesna wojna nie wygląda jak defilada 15 sierpnia.
I jeszcze jedna rzecz. Patriotyzmu nie da się,, włączyć rozkazem mobilizacyjnym.
Nie można przez dwadzieścia lat mówić człowiekowi:
radź sobie sam, mieszkanie kup sobie sam, emeryturę zabezpiecz sobie sam, weź kredyt na trzydzieści lat, państwo niczego ci nie jest winne, a później nagle, kiedy robi się gorąco, przypomnieć sobie:
„Jesteśmy wspólnotą. Potrzebujemy twojego zdrowia, czasu, a być może życia.”
Tak to nie działa. Armia nie jest też zakładem poprawczym do „robienia z chłopców mężczyzn”.
Wojsko ma robić żołnierzy.
Ludzi, którzy potrafią strzelać, obsługiwać drony, używać łączności, poruszać się po polu walki, udzielać pomocy, maskować się, prowadzić pojazdy, działać w zespole i przede wszystkim wiedzieć, po co wykonują zadanie.
Jeżeli ktoś oddaje państwu kilka miesięcy życia, to nie po to, żeby perfekcyjnie nauczyć się zamiatać plac.
Ma wyjść z jednostki z konkretnymi umiejętnościami, specjalnością i przydziałem.
A jeśli kiedyś wróci obowiązek, to obowiązek ma być naprawdę wspólny.
Syn robotnika idzie? Syn posła też. Syn kierowcy idzie? Syn prezesa też. Syn człowieka bez znajomości idzie?
To dziecko człowieka z telefonem do ministra też. Bez cudownych kategorii zdrowia, nagłych chorób, papierów załatwianych tylnymi drzwiami i pieprzenia o patriotyzmie dla biedniejszych.
Bo jeśli państwo chce od człowieka największego możliwego zobowiązania, musi najpierw dać mu największą możliwą rzecz:
zaufanie, że jego życie nie zostanie zmarnowane. Dlatego zamiast pytać: „Jak zmusić młodych do wojska?”
zadałbym inne pytanie: Co zrobiliśmy przez ostatnie trzydzieści lat, żeby młody człowiek uznał, że to państwo naprawdę jest również jego państwem i warto go bronić?
Bo możemy kupić tysiąc czołgów, setki wyrzutni i magazyny pełne amunicji. Tylko na końcu zawsze stoi człowiek. A człowiek ma internet. Ma pamięć. Ma pytania.
I coraz trudniej sprzedać mu patriotyzm w reklamowej broszurze, kiedy przez poprzednie dziesięć lat wszyscy wokół opowiadali mu, że w armii jest, chujnia.