PrzewodzikKsiążkowy (minirrecenzja)
Mircea Cărtărescu “Solenoid”, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Warszawa 2023. Jeśli miałbym zamieścić jedną recenzję książkową podczas RumuńskiTydzień, to w zasadzie mogłaby być to właśnie recenzja tej powieści, bo na takie dzieła czeka się latami. Wspaniała, przerażająca, przebogata, fantastyczna, niepokojąca, deliryczna, psychodeliczna, mądra, dziwaczna, pełna, odważna, przygnębiająca, zachwycająca, odrzucająca, męcząca, zniewalająca, dusząca, gniotąca, miętosząca – mógłby tu jeszcze pewnie tuzin kolejnych wymyślnych przymiotników wypisać, ale, choć to określenie pewnie już trochę nadużywane, jest to po prostu dzieło totalne.
I w zasadzie od pierwszych zdań pierwszej strony, jeśli jeszcze nie wiedziałem, to przeczuwałem na pewno, że tak, że to będzie rzecz, która chwyci mnie za gardło i raczej nie puści. I tak się właśnie stało – pierwszego wieczora przeczytałem dobrze ponad dwieście stron i pewnie czytałbym dalej, gdybym po prostu nie padł ze zmęczenia w sen. A potem sam musiałem się pilnować i dawkować, no właśnie, gdybym napisał, że przyjemność czytania, to nie byłaby to prawda, bo to nie to, to coś innego, coś głębszego, mocniejszego, coś co każe nam przebywać z kimś, bo on ma nam coś ważnego do powiedzenia. O sobie, o mnie, o nas samych, o życiu i śmierci, o wszystkim co ważne, o wszystkim, co dotyka sedna, co łapie w lot, co chwyta wnet, co łapie sens istnienia.
Dobra, trudno się pisze o takich książkach, bo to jest proza do przeżywania, do odchorowywania i do przeżuwania swoimi umysłowymi żuchwami. Nie mam pojęcia czy inni czytelnicy tak mieli, ale ja miałem nierzadko nieodparte wrażenie, że autor mnie odsłania, że pisze o mnie – to powinowactwo w sposobie odczuwania świata, w chęci jego poznawania i niechęci w nim uczestniczenia było obecne wielokrotnie, na wielu stronach przemożna poczucie zjednoczenia z tekstem, a ja tylko mogę się zastanawiać dlaczego ktoś tak dobrze mnie zna.
Dawno nie czytałem takiej powieści, bo napisanie, że ona jest dobra, to jakieś pomylenie znaczeń i osądów – dobra to nie jest odpowiednie słowo, bo dobry jest dżem, dobra jest kąpiel po ciężkim dniu czy spacer po lesie, a lektura tej wyjątkowej książki to jakieś cholerne ciężary ze światem, z samym sobą i oczywiście z autorem. I oczywiście tak, literatura jest po to, żeby opowiadać historie, ale także po to, żeby walić nas obuchem w łeb i dawać tyle do myślenia, że aż rozboli nas głowa. Tak, musiałem sobie w pewnym momencie mocno dawkować kolejne rozdziały, bo w tej książce można się kompletnie zgubić, a ja że sam lekko zwichrowany, muszę na takie rzeczy uważać.
Oczywiście nie mam zamiaru streszczać tu niczego, bo co komuś powie, że to historia nauczyciela uwięzionego w swojej codzienności – tu nie ważne jest co, ale jak to jest napisane, a jest napisane po prostu niesamowicie prawdziwie i potężnie. Tak, to jest potężne, to może być dobre słowo, niech będzie zatem, że to potężna powieść. Na pewno najlepsza literatura jaką przeczytałem nie tylko w tym roku, ale w ciągu ostatnich kilku lat. Na takie powieści się czeka latami, a niektórzy czekają całe życie. Literatura stała się całością i nie wiem czy kiedykolwiek, cokolwiek da mi coś więcej, jeśli chodzi o prozę.
Ja raczej boję się nazywać przeczytane po raz pierwszy książki arcydziełami, bo uważam, że one muszą się osadzić, muszą nabrać ciała, nasycić nas, najlepiej przez powtórzenie, ale tu strach mija i właściwie nie mam większych wątpliwości – to jest cholerne arcydzieło i można gasić światło. Prawie osiemset stron doskonałości literackiej. Ocena: 10/10