Ciekawy komentarz, z którym się zgadzam, dodając jedynie że z punktu widzenia odpowiedzialności karnej nie jest ważne co przewidywał wobec siebie, ważne co przewidywał wobec innych ludzi na drodze.
Oczywiście że przewidywał możliwość własnej śmierci i godził się z nią – przecież na tym polega przyjemność z ryzykownych zachowań: można umrzeć. Gdyby nie można było umrzeć to wyścigi samochodowe nie różniłyby się od gry komputerowej. Zresztą każdy z nas biorąc udział w ruchu drogowym przewiduje że może umrzeć i godzi się z tym, traktując własną śmierć w wypadku jako wkalkulowane w życie ryzyko.
Poza tym, z samej istoty takiego poruszania się ryzyko śmierci kierowcy jest niższe niż ryzyko śmierci pokrzywdzonego. Ten pierwszy chociażby ma inny poziom uwagi niż kierujący rutynowo: słuchający radia, rozmawiający. Ba, nowoczesne samochody mają system wczesnego wykrywania wypadku (naciągnięcie pasów, poprawienie foteli przed zderzeniem). Dalej: ścigający się uderza przodem a przód jest najbardziej energochłonną częścią samochodu. (Pamiętacie «trumnę na kółkach»?).
Sumując: argumentum ex morte propria vitanda (ex instynktus samozachowawczus) przy dzisiejszej technice samochodowej nie ma takiej mocy jak 20-30 lat temu.